W chwili, gdy nad Polską latają rosyjskie drony, a generałowie tłumaczą politykom powagę sytuacji, Antoni Macierewicz postanowił zafundować wszystkim wycieczkę do własnego uniwersum spisków. Zamiast skupić się na realnym zagrożeniu, poseł PiS odpalił starą śpiewkę o "rosyjskich agentach". Jego oderwane od rzeczywistości słowa wywołały co najmniej niesmak, a odpowiedź z ław Koalicji Obywatelskiej była krótka, brutalna i trafiła w samo sedno.
Drony nad Polską, a Macierewicz swoje. "To początek wojny" i agenci Tuska
Powietrze w sali sejmowej można było kroić nożem. Obok ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza stali generałowie Wiesław Kukuła i Maciej Klisz – ludzie, którzy w nocy wydawali rozkazy zestrzelenia wrogich obiektów. Szef MON ze spokojem relacjonował bezprecedensowy atak na polską przestrzeń powietrzną, podkreślając sprawność żołnierzy i siłę sojuszy. Mówił o holenderskich i włoskich pilotach w powietrzu, o niemieckich bateriach Patriot na ziemi i zdanym egzaminie całego NATO. Państwo polskie pokazywało siłę i jedność w obliczu zagrożenia.

I gdy wydawało się, że chociaż ten jeden raz, w obliczu wrogich dronów, politycy zagrają w jednej drużynie, na scenę wkroczył on. Cały na biało.
Antoni Macierewicz, były szef MON, postanowił udowodnić, że żadne realne zagrożenie nie jest w stanie odwrócić jego uwagi od starych, dobrze znanych obsesji. Grzmiał, że incydent z dronami to nie przypadek, a początek prawdziwej wojny.
Mam kluczowe pytanie związane z tym, czy jesteśmy w stanie wygrać te wojnę, która zaczęła się w dniu wczorajszym. To nie był przypadek, to nie było doraźne działanie, to był początek wojny.
To pytania, które pojawić się powinny, ale zamiast jednak pytać o gotowość armii, Macierewicz wrócił do swojej ulubionej teorii spiskowej. Oskarżył szefostwo Służby Kontrwywiadu Wojskowego o bycie "agentami rosyjskimi", których na stanowiska miał mianować Donald Tusk w 2011 roku. To wystąpienie było jak podróż w czasie do najmroczniejszych dni wojenek polsko-polskich.
Jak długo będzie pan ich tolerował, jak długo będzie pan ich wspierał?
– pytał dramatycznie szefa MON.
Sala zawrzała. "Większego agenta rosyjskiego niż pan w tej izbie nie ma!"
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Oderwane od rzeczywistości oskarżenia Macierewicza sprawiły, że na sali po prostu się zagotowało. Z ław Koalicji Obywatelskiej padła riposta, która na długo pozostanie w sejmowych kronikach. Młody poseł KO, Patryk Jaskulski, nie bawił się w dyplomację i zgasił byłego ministra jednym, celnym zdaniem:
Myślę, że większego agenta rosyjskiego niż pan w tej izbie nie ma.

Po tych słowach na sali rozpętało się piekło. Posłowie PiS poderwali się z miejsc, a prowadzący obrady Piotr Zgorzelski bezskutecznie próbował przekrzyczeć tumult. Do akcji wkroczył Piotr Kaleta z PiS, który podbiegł do marszałka z pretensjami, że pozwala, by "polityczni smarkacze obrażali taką postać". W całym tym chaosie umknął drobny szczegół: "smarkacz" oskarżył "postać" o bycie agentem, a obrońca nie odniósł się do zarzutu, tylko do wieku krytyka.
To prawda, że oburzenie jest tutaj słuszne, ponieważ nie powinien pan pozwalać, żeby polityczni smarkacze obrażali taką postać jak Antoni Macierewicz. To jest pana obowiązkiem, żeby pan to zrobił.
– pouczał marszałka poseł PiS. Awantura trwała w najlepsze, spychając na dalszy plan prawdziwe zagrożenie dla Polski.
Teatr jednego aktora. Macierewicz zapomniał, że Smoleńsk to nie wszystko
To nie był jednorazowy wybryk. To ten sam, doskonale znany od lat mechanizm, który Polacy oglądali przy okazji narracji smoleńskiej: gdy wszystkie dowody wskazują na zewnętrznego wroga, Antoni Macierewicz rozpoczyna polowanie na zdrajców i agentów we własnych szeregach. Jego czwartkowe wystąpienie to kalka wieloletniej krucjaty, w której fakty i logika ustępują miejsca spiskowym teoriom o wszechobecnej zdradzie.
Trudno o lepszy prezent dla rosyjskiej propagandy: w dniu, w którym Polska jest celem ataku, były minister obrony narodowej przekonuje z sejmowej mównicy, że prawdziwe zagrożenie czai się w polskich służbach. Władimir Putin mógłby to ująć lepiej, ale po co, skoro ma Antoniego Macierewicza?