Autobiografia Andrzeja Dudy, która miała być ekskluzywnym wydawnictwem dostępnym tylko online, niespodziewanie wylądowała na paletach w Biedronce. Sam fakt obecności książki byłego prezydenta w popularnym dyskoncie, a zwłaszcza jej cena, wywołały falę złośliwych komentarzy sugerujących marketingową porażkę.
Andrzej Duda w koszyku z promocjami. Jego książka wylądowała w Biedronce
Z Pałacu Prezydenckiego prosto do koszyka z promocjami. Wygląda na to, że literacka kariera Andrzeja Dudy zaliczyła twarde lądowanie na paletach w najpopularniejszym dyskoncie w Polsce. Jego książka zatytułowana "To ja" pojawiła się w ofercie sieci sklepów Biedronka. Grube, 640-stronicowe tomiszcze można teraz wrzucić do wózka razem z proszkiem do prania i bułkami. Cena? Dokładnie 99 złotych za egzemplarz. Za wydanie publikacji odpowiada spółka Videre Sp. z o.o.
Sprawę nagłośnił dziennikarz Radia Zet, Piotr Kozłowski, który opublikował w mediach społecznościowych zdjęcie stosu książek w charakterystycznym sklepowym koszu. Fotografia błyskawicznie stała się wiralem, a kontrast między wizerunkiem byłej głowy państwa a prozą życia w dyskoncie okazał się dla internautów mieszanką wybuchową. Sprzedaż książki prezydenta weszła na zupełnie nowy, nieoczekiwany poziom.
"Coś kiepsko idzie sprzedaż". Internet zalała fala kpin
Internet nie czekał ani chwili i, mówiąc wprost, nie miał litości. Komentarz dziennikarza Radia Zet zadziałał jak zapalnik i odpalił lawinę drwin.
Z cyklu: prezydent w Biedronce. Chyba coś kiepsko idzie sprzedaż tego dzieła
Internauci nie przepuścili takiej okazji. Pod wpisem zaroiło się od złośliwości wymierzonych zarówno w sam fakt dystrybucji, jak i w cenę, którą wielu uznało za, cóż, mało dyskontową. "Jeszcze drogo. Poczekaj do marca, będzie za 29,99" – prognozował jeden z komentujących. Inny poszedł jeszcze dalej: "Za rok te książki będą po złotówce".
Oczywiście, pojawiły się też głosy rozsądku, próbujące bronić tej strategii marketingowej. Jeden z internautów trzeźwo zauważył: "Nie wiem, czy wiesz, ale w Biedronce sprzedaje się najwięcej książek w Polsce". Mimo to, w zalewie kpin ten argument wydawał się tonąć. Dominowało przeświadczenie, że od ekskluzywnej sprzedaży na własnej stronie do palety w markecie to jednak spora degradacja.

Od ekskluzywnej sprzedaży do palety w dyskoncie. Jaka była historia książki Dudy?
Cała sytuacja jest tym bardziej zaskakująca, że książka Andrzeja Dudy "To ja" miała początkowo zupełnie inny model dystrybucji. Publikacja startowała jako produkt premium, sprzedawany wyłącznie za pośrednictwem prywatnej strony internetowej byłego prezydenta. Standardowy egzemplarz kosztował tam dokładnie tyle samo, co w Biedronce – 99 zł. Jednak prawdziwym rarytasem miała być wersja z autografem, za którą trzeba było zapłacić aż 159 zł.
Z czasem książka polityczna trafiła do prywatnych księgarni, ale jej pojawienie się w masowej sieci dyskontów jest dla wielu sygnałem, że pierwotny plan spalił na panewce. Czy to marketingowa wpadka stulecia, czy może jednak genialne posunięcie, by dotrzeć do mas? Niezależnie od intencji, internet już wydał swój bezlitosny wyrok.
Co kryje się na 640 stronach? Prezydent obiecywał szczerość bez cenzury
Niezależnie od kanału dystrybucji, warto przypomnieć, co właściwie Andrzej Duda chciał przekazać czytelnikom. W zapowiedziach obiecywano dzieło monumentalne. Na 640 stronach znalazło się ponad 250 ilustracji, w tym zdjęcia z prywatnego telefonu byłego prezydenta i jego rodzinnego archiwum. Sam autor zapewniał, że jest to opowieść "szczera i nieocenzurowana".
Opowieść o kulisach decyzji, które zaważyły na losach Polski i Europy. Nigdy wcześniej nierelacjonowane rozmowy z czołowymi politykami w kraju i na świecie. Gabinet Owalny i Nowogrodzka, cmentarzysko czołgów na Ukrainie i afrykańska wioska, rezydencja w Juracie i spożywczak na krakowskim osiedlu – zabieram czytelnika wszędzie tam, gdzie toczyła się moja historia, ta polityczna i osobista.
W zapowiedziach autor obiecywał zabrać czytelników m.in. do "spożywczaka na krakowskim osiedlu". Wygląda na to, że słowa dotrzymał, choć pewnie nie do końca o taki spożywczak mu chodziło. Chyba że ten z wielkim, czerwonym owadem w logo był od początku częścią wielkiego, strategicznego planu.