Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport, który jest prawdziwym aktem oskarżenia dla Instytutu Pamięci Narodowej pod wodzą Karola Nawrockiego. Kontrolerzy ujawnili szokującą skalę niegospodarności, mówiąc o dziesiątkach milionów złotych wydanych nieefektywnie, kuriozalnych projektach i działaniach na granicy prawa. To wstrząs dla instytucji, która miała stać na straży zaufania publicznego.
Budżet rósł na potęgę, a pieniądze przeciekały przez palce. To dlatego NIK wkroczył do IPN
Zacznijmy od liczb, bo te są porażające. W zaledwie cztery lata kasa Instytutu Pamięci Narodowej spuchła z 396 milionów złotych w 2020 roku do niemal 600 milionów w roku 2024. Taki finansowy zastrzyk musiał przyciągnąć uwagę Najwyższej Izby Kontroli, bo historia uczy, że gdzie płyną wielkie publiczne pieniądze, tam często pojawiają się równie wielkie problemy. Jak przyznał wiceprezes NIK Jacek Kozłowski, "taki gwałtowny wzrost wydatków niesie w sobie zawsze ryzyko popełnienia błędów, pojawienia się nieprawidłowości".
NIK nie przyszedł tam przypadkiem. Kontrolerzy wzięli pod lupę ponad 100 milionów złotych z okresu, gdy za sterami instytucji stał Karol Nawrocki. To, co odkryli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Już wstępne ustalenia wykazały tak "znaczące nieprawidłowości", że stało się jasne, że trzeba kopać głębiej. Jak stwierdził przedstawiciel NIK, była to jasna wskazówka, że skoro tyle znaleziono w uproszczonej kontroli, to należy zrobić szersze dochodzenie w sprawie gospodarki finansowej IPN.

Gra za miliony, biuro-widmo w USA i awatary, które nie działają. Lista grzechów Nawrockiego jest długa
Lista absurdalnych wydatków jest długa i miejscami komiczna, gdyby nie fakt, że zapłacili za nią polscy podatnicy. Koronnym przykładem jest gra komputerowa "Gra Szyfrów". Ktoś w IPN wpadł na genialny pomysł: wydajmy na promocję gry cztery razy więcej, niż kosztowała jej produkcja – aż 4,7 mln zł przy koszcie stworzenia na poziomie 1,2 mln zł. Plan marketingowy godny mistrzów, prawda? Efekt? Jak można się było spodziewać – spektakularna klapa, pieniądze wyrzucone w błoto i drastyczny spadek zainteresowania grą.
Kolejny hit to biuro IPN w Waszyngtonie. Na jego uruchomienie wydano prawie 400 tysięcy złotych. Prawie pół miliona złotych na placówkę, która istniała wyłącznie w wyobraźni urzędników, bo nigdy nie powstała. Trudno o lepszy symbol tej niegospodarności. Do tego dochodzą inne kuriozalne projekty, jak cyfrowe awatary postaci historycznych za blisko 3,5 mln zł, które nie spełniały podstawowych wymogów. Jak ujęli to kontrolerzy, "dokonano natomiast odbioru przedmiotu zamówienia, który nie odpowiadał niektórym wymogom specyfikacji". Mówiąc prościej: IPN zapłacił miliony za produkt, który nie działał tak, jak powinien. Interes życia, ale nie dla podatnika.
Lista zarzutów jest jednak znacznie dłuższa. NIK wskazuje, że Karol Nawrocki niezgodnie z ustawą tworzył nowe biura i komórki organizacyjne, na które przeznaczono ponad 50 mln zł. Same wynagrodzenia dla kadry kierowniczej tych nielegalnie powołanych jednostek kosztowały prawie 5 mln zł. W sumie Najwyższa Izba Kontroli uznała wydatki na astronomiczną kwotę 47,6 mln zł za nieefektywne, co stanowi niemal połowę całej badanej kwoty.

IPN próbował się bronić, ale spóźnił się na imprezę. NIK był bezlitosny
W obliczu miażdżących zarzutów IPN próbował ratować twarz, ale zrobił to w sposób wyjątkowo nieudolny. Zastrzeżenia do raportu owszem, złożono, ale... po terminie. Ta komiczna próba obrony spotkała się z chłodną i bezwzględną reakcją ze strony kontrolerów.
Najwyższa Izba Kontroli nie bawiła się jednak w dyplomację i dała jasno do zrozumienia, że spóźnienie nie miało żadnego znaczenia. Wiceprezes NIK Jacek Kozłowski uciął sprawę krótko i bezwzględnie:
Nie mogliśmy tych zastrzeżeń przyjąć, nie mogliśmy tworzyć precedensu. W naszej ocenie te zastrzeżenia w każdym punkcie zasługiwały na oddalenie.
Tym samym NIK dał jasno do zrozumienia, że dowody na nieprawidłowości w IPN są niepodważalne, a próby ich kwestionowania są jedynie stratą czasu.
Co dalej z Nawrockim? Prezesowi IPN grunt pali się pod nogami
Druzgocący raport NIK stawia pozycję Karola Nawrockiego pod ogromnym znakiem zapytania. Utrzymanie stanowiska po ujawnieniu tak porażającej skali niegospodarności wydaje się politycznie niemożliwe. Co więcej, Najwyższa Izba Kontroli wystąpiła do premiera z wnioskiem o rozważenie zmian w ustawie o IPN, by wzmocnić kontrolę nad instytucją. To jasny sygnał, że potrzebna jest głęboka reforma IPN.
Cała afera to jednak coś więcej niż tylko problem jednej instytucji i jej prezesa. To historia o tym, jak łatwo publiczne pieniądze mogą być marnotrawione, gdy brakuje nadzoru. Pytanie nie brzmi więc "czy", ale "kiedy" zostaną wyciągnięte konsekwencje. I czy afera w IPN stanie się symbolem końca pewnej epoki w państwowych instytucjach – epoki bezkarnego wydawania publicznych pieniędzy?