Jeden artykuł ukraińskiego portalu wystarczył, by rozpętać w Polsce polityczną burzę. Wizja ukraińskich posłów w Sejmie już w 2027 roku wywołała furię prawicy i zmusiła ekspertów do zabrania głosu. Sławomir Mentzen grzmi o "obcych interesach", a w tle politycy już szykują zaostrzenie prawa. Sprawdzamy, ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile politycznej fantazji.
"Ukraińska partia" w Sejmie? Ten artykuł był jak zapalnik
Zaczęło się niewinnie, od jednego artykułu na ukraińskim portalu Europejska Prawda. Jego autorzy postawili sprawę jasno: ponad milionowa społeczność imigrantów z Ukrainy współtworzy polski dobrobyt, płaci podatki i zasługuje na realny wpływ na krajową politykę. Sytuację, w której tak duża grupa mieszkańców jest pozbawiona swojej reprezentacji politycznej, portal określił jako "nienormalną z punktu widzenia nowoczesnej demokracji".
Jednak to nie ogólne postulaty zadziałały jak płachta na byka. Prawdziwą bombą okazały się liczby i konkretna data. Z analizy portalu wynika, że 70-80% Ukraińców z długoterminowym prawem pobytu chciałoby uzyskać obywatelstwo polskie. To stworzyłoby armię 400-500 tysięcy nowych wyborców – siłę, która mogłaby wpłynąć na wynik wyborów w wielu okręgach. Padła też śmiała teza: przy takim tempie zmian, Ukraińcy w Polsce mogliby mieć swoich przedstawicieli w Sejmie już w wyborach parlamentarnych w 2027 roku.
Mentzen odpalił. "Nie potrzebujemy ukraińskich polityków w Sejmie!"
Reakcja polskiej prawicy była natychmiastowa i niezwykle ostra. Artykuł został odebrany jako próba narzucenia Polsce obcej woli. Na czele krucjaty przeciwko "ukrainizacji Polski" stanęła Konfederacja, a jej lider, Sławomir Mentzen, nie przebierał w słowach.
Nie można pozwolić na to, żeby Ukraińcy mieli swoją reprezentację w polskim Sejmie. Już teraz tak wielu polskich polityków realizuje ukraińskie interesy. Nie potrzebujemy jeszcze do tego ukraińskich polityków w Sejmie.
Ton jego wypowiedzi nie pozostawiał złudzeń – dla Konfederacji to scenariusz nie do przyjęcia. Sławomir Mentzen zarzucił Ukraińcom, że "czują się uprawnieni, by mówić Polakom, jak powinna wyglądać nasza ojczyzna", choć "nie mają do tego żadnego prawa". Ale na słowach się nie skończyło. Lider Konfederacji zażądał natychmiastowego działania:
Nie pozwólmy, by obce interesy decydowały o przyszłości Polski! Musimy bronić naszego kraju i jego tożsamości! (...) Zatrzymajmy przyznawanie polskiego obywatelstwa Ukraińcom!
Ekspert gasi pożar: "To polityczne fantazje, którymi łatwo straszyć"
W ogniu politycznej awantury głos rozsądku wnosi socjolog prof. Adam Leszczyński, który nazywa te wizje wprost:
Nie widzę więc podstaw do obaw o "ukraińską partię w Sejmie". To są polityczne fantazje, którymi łatwo straszyć wyborców.
A twarde dane są bezlitosne dla narracji prawicy. W ciągu ostatniej dekady obywatelstwo polskie otrzymało niespełna 40 tysięcy obywateli Ukrainy. W ubiegłym roku było to zaledwie 8,2 tys. osób. Prof. Leszczyński podkreśla, że polskie przepisy są jednymi z najbardziej restrykcyjnych w Europie, a procedura jest długa i skomplikowana. Mit o "rozdawaniu obywatelstwa jak ulotek", jak określił to poseł Konfederacji Konrad Berkowicz, jest po prostu nieprawdziwy.

Co więcej, nawet gdyby jakimś cudem liczba nowych obywateli gwałtownie wzrosła, na drodze do Sejmu stoi ordynacja wyborcza i... geografia. Choć komitety mniejszości narodowych są zwolnione z 5-procentowego progu wyborczego, jak zauważa prof. Lech Nijakowski, mniejszość ukraińska jest rozproszona, co "de facto pozbawia ją szans na własnych posłów i senatorów". Debata jednak już przynosi realne skutki. Prezydent Karol Nawrocki skierował do Sejmu projekt drastycznie wydłużający drogę do obywatelstwa z 3 do 10 lat, a rząd zapowiada wprowadzenie "testu na obywatelstwo". Prof. Leszczyński ocenia to jednoznacznie: "To gest o charakterze symbolicznym, ale pokazuje, że władze nie planują liberalizacji".
Prawica swoje, a Rosja zaciera ręce?
W całej tej dyskusji pojawia się jeszcze jeden, niepokojący wątek. Eksperci, tacy jak Katarzyna Chawryło z Ośrodka Studiów Wschodnich, ostrzegają, że takie konflikty to woda na młyn dla rosyjskiej propagandy. Jak zauważyła, "Rosja próbuje przedstawiać ich jako zagrożenie oraz inicjować konflikty etniczne", by zniechęcić Zachód do wspierania Kijowa. Choć "ukraińska partia w Sejmie" to dziś wciąż fantazja, polityczna burza wokół niej jest jak najbardziej realna.