To miała być demonstracja siły, a wyszła polityczna farsa. Zbigniew Ziobro, zamiast stawić się osobiście w warszawskiej siedzibie PiS, przemówił do dziennikarzy z ekranu, stawiając absurdalne warunki swojego powrotu do Polski. Jego zdalne wystąpienie wywołało natychmiastową i bezlitosną reakcję polityków koalicji, którzy okrzyknęli go "tchórzem" i "miękiszonem", a całą sytuację nazwali "memem". To nie było miękkie lądowanie.
Ziobro przemówił z ekranu. Stawia warunki, by wrócić do Polski
Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało 5 grudnia 2025 roku konferencję prasową z udziałem Zbigniewa Ziobry, co rozgrzało polityczne emocje do czerwoności. Dziennikarze zebrani w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej spodziewali się jednak osobistego stawiennictwa byłego ministra. Zamiast tego, o godzinie 14:00 na ekranie pojawiła się jego twarz. Ziobro, łącząc się zdalnie z Brukseli, wygłosił oświadczenie, które miało wstrząsnąć Polską, a wywołało głównie salwy śmiechu.
Były szef resortu sprawiedliwości próbował przedstawić się jako ofiara politycznej nagonki. Oskarżył Donalda Tuska o chęć zemsty, a nowego prokuratora krajowego Dariusza Korneluka nazwał "partyjnym kolegą premiera". Oświadczył, że pozostaje za granicą, by stawić czoła "bezprawiu", a jego powrót do kraju obwarował konkretnymi żądaniami.
Zdecydowałem się stawić czoła i oprzec bezprawiu, dlatego zostałem za granicą. Natomiast chcę jasno powiedzieć, że natychmiast wrócę do Polski, jeśli będę miał podstawy sądzić, że w Polsce sądy działają niezależnie.
Zbigniew Ziobro dodał, że będzie stawał przed "legalnym sądem, a nie przed sądem, który wypacza Tusk i jego ministrowie".
Przypomnijmy, że na byłym ministrze ciążą aż 26 zarzutów w sprawie nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości, w tym zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. W swoim oświadczeniu Ziobro bronił również zakupu systemu Pegasus, twierdząc, że był to legalny zakup narzędzia do walki z przestępczością. Sejm już na początku listopada uchylił mu immunitet i wyraził zgodę na jego tymczasowe aresztowanie. Decyzję w tej sprawie sąd ma podjąć 22 grudnia 2025 roku. W ostatnich tygodniach Ziobro przebywał na Węgrzech pod skrzydłami Viktora Orbána, a w czwartek pojawił się w Brukseli.
"Miękiszon ukryty pod orbanowskim parasolem". Brejza nie zostawił na nim suchej nitki
Na odpowiedź ze strony polityków koalicji nie trzeba było długo czekać. W sieci zawrzało, a najostrzejsze słowa padły z ust senatora KO, Krzysztofa Brejzy, który nie hamował się w epitetach.
Miękiszon ukryty pod orbanowskim parasolem próbuję zgrywać twardziela, korzystając z oczekiwania na posiedzenie aresztowe sądu rumakuje w pisowskich mediach. To jedynie poza. Ta kra, na której płynie ten tchórz, topnieje coraz bardziej.
Wtórowała mu posłanka Katarzyna Matusik-Lipiec: "Ziobro wychodzi z norki i stawia warunki. Co to ma być Zbyszku? Dalej kpi sobie pan z Polek I Polaków" – napisała. Równie bezlitosna była Katarzyna Lubnauer, która skwitowała całe wydarzenie krótkim: "PiS lubi bohaterów zdalnych, był Premier z tabletu, a teraz jest Tchórz z ekranu". Z kolei Zdzisław Gawlik zasugerował, że nagła aktywność Ziobry może mieć związek z problemami jego węgierskiego protektora: "W kwietniu przyszłego roku wybory na Węgrzech. Orban może je przegrać, więc w oczy zajrzał strach, że trzeba będzie odpowiedzieć za swoje winy".
Lewica nie ma wątpliwości: "Tchórz!". Porównują go do szefa mafii
Równie ostro zareagowali politycy Lewicy. Tomasz Trela wprost nazwał byłego ministra tchórzem i zapowiedział, że sprawiedliwość i tak go dosięgnie.
PiS zwołał konferencję prasową z udziałem Zbigniewa Ziobro, a Ziobro tchórz i połączył się zdalnie. Wiecznie pan nie będzie się ukrywał, sprawiedliwość pana dopadnie. Wcześniej niż pan myśli!
Najmocniejszego porównania użył jednak publicysta i polityk Lewicy, Piotr Szumlewicz. Jego zdaniem warunki stawiane przez Ziobrę przypominają żądania przestępcy, a nie polityka.
To tak jakby szef mafii stawiał warunek, że wróci do kraju, jeśli będzie miał gwarancję, że wyrok na jego temat wyda wskazany przez niego sędzia.
"Ten dzień to mem". Dziennikarze zażenowani
Ostra krytyka spadła na Zbigniewa Ziobrę nie tylko ze strony polityków. Środowisko dziennikarskie zareagowało mieszanką zażenowania i kpiny.
Zbigniew Ziobro na Nowogrodzkiej. Ten dzień to mem
– skwitował krótko Wojciech Dąbrowski z Polsat News.
W podobnym tonie wypowiedział się Marek Mikołajczyk z Dziennika Gazety Prawnej, pisząc po prostu: "Czuję się zawiedziony". Z kolei dziennikarz money.pl Tomasz Żółciak przypomniał niedawne słowa Ryszarda Terleckiego:
R. Terlecki: "toniemy" przez sprawę Ziobry. Tymczasem PiS...
– napisał, sugerując, że kuriozalna konferencja tylko pogrąża partię.
Wystąpienie, które w zamyśle miało zapewne przedstawić Zbigniewa Ziobrę jako ofiarę politycznej zemsty, stało się pożywką dla setek memów i komentarzy. Zamiast wizerunku niezłomnego bojownika o prawdę, były minister utrwalił w oczach swoich krytyków obraz polityka, który ucieka przed odpowiedzialnością, stawiając warunki z bezpiecznej odległości. Jak podsumował to politolog dr hab. Bartłomiej Biskup, to takie "tere-fere kuku", jak w dziecięcej zabawie: "łap mnie, łap mnie, a nie złapiesz".