Włodzimierz Czarzasty chce zlikwidować poselskie kilometrówki, które dają nawet 4 tys. zł miesięcznie

Włodzimierz Czarzasty chce zlikwidować poselskie kilometrówki, które dają nawet 4 tys. zł miesięcznie

Włodzimierz Czarzasty chce zlikwidować poselskie kilometrówki, które dają nawet 4 tys. zł miesięcznie

instagram.com/w-czarzasty; canva.com

Poselskie kilometrówki od lat rozpalają Polaków do czerwoności i są symbolem finansowych przywilejów władzy. Wygląda jednak na to, że ten system wkrótce przejdzie do historii. Nowy marszałek Sejmu, Włodzimierz Czarzasty, właśnie zapowiedział rewolucję i chce raz na zawsze ukrócić kontrowersyjne rozliczenia. Problem w tym, że posłowie już teraz kręcą nosem i nie zamierzają łatwo oddać swoich pieniędzy.

Reklama

Tysiące złotych do kieszeni? Oto dlaczego kilometrówki budzą takie emocje

Mechanizm jest prosty i genialny w swojej bezczelności. Z ogromnego, ponad 23-tysięcznego ryczałtu na biuro poselskie, każdy parlamentarzysta może co miesiąc wyciągnąć dla siebie nawet 4 tys. zł. Wystarczy oświadczyć, że przejechało się 3,5 tys. km w swoim okręgu. Pieniądze, które formalnie mają iść na paliwo, w praktyce stają się nieopodatkowanym dodatkiem do pensji.

Gdzie leży problem? Wszystko opiera się na prostym oświadczeniu, którego nikt nie weryfikuje. W efekcie kilometrówek nie da się odróżnić od dodatku do pensji. Jak przyznaje sam marszałek Włodzimierz Czarzasty, społeczeństwo ma prawo do przejrzystości, bo "ludzie mają pytania, na co te pieniądze zostały przeznaczone". Nowe zasady kilometrówek mają to zmienić.

Reklama

Ja żadnego posła i żadnej posłanki łącznie ze sobą o nic nie podejrzewam, ale uważam, że społeczeństwo polskie ma prawo do przejrzystości. Ma prawo do tego, żeby po wprowadzeniu tego zarządzenia społeczeństwo było przekonane o tym, że są to zasady bardzo uczciwe.

Włodzimierz Czarzasty w okularach w wąsiku i Czarzasty w garniturze AKPA

Czarzasty kładzie na stół trzy opcje. Tak ma wyglądać rewolucja

Marszałek Włodzimierz Czarzasty nie rzuca słów na wiatr i już zapowiedział, że decyzja jest ostateczna, a zmiany w kilometrówkach wejdą w życie 1 stycznia 2026 roku. Na stole leżą trzy konkretne scenariusze, które zostaną skonsultowane z przedstawicielami wszystkich klubów.

Reklama

Pierwsza propozycja to całkowita likwidacja obowiązku rozliczania części ryczałtu jako kilometrówek. To sprytne posunięcie: posłowie dostaliby wolną rękę, ale w kuluarach już słychać, że zgodzą się na to tylko pod warunkiem... podniesienia całego ryczałtu. Jak gorzko stwierdził jeden z posłów KO, "dzisiejsze kwoty to jakieś dziadostwo".

Reklama

Druga koncepcja to wprowadzenie karty paliwowej dla każdego posła. Pomysł ma dwie zalety: pieniądze na pewno poszłyby na paliwo, a przy okazji wsparłyby polski Orlen. Jednak to rozwiązanie jest dziurawe jak sito. Co z posłami jeżdżącymi autami elektrycznymi? Co z kosztami amortyzacji, ubezpieczenia czy napraw, których karta nie pokryje? Plan, który brzmi dobrze na konferencji prasowej, rozbija się o sejmową rzeczywistość, gdzie każdy przywilej ma znaczenie.

Reklama

Trzecia opcja, wcześniej forsowana przez Szymona Hołownię, zakładała rozliczanie wydatków na paliwo dopiero powyżej pewnego pułapu, np. 1000 zł. Ten pomysł nie spotkał się jednak z aprobatą klubów sejmowych, co pokazuje, jak trudno będzie przeforsować jakąkolwiek reformę, która uderza w finanse posłów.

Reklama

Włodzimierz Czarzasty i Szymon Hołownia AKPA; Piotr Molecki/East News

"Dziadostwo", "ukryte koszty". Posłowie już kręcą nosem

Choć zmiana kilometrówek posłów wydaje się krokiem w dobrą stronę, w kuluarach sejmowych już słychać głosy niezadowolenia. Politycy, choć oficjalnie popierają transparentność, niechętnie patrzą na perspektywę utraty łatwych pieniędzy. Argumentów przeciwko zmianom jest więcej. Jak słusznie zauważają niektórzy, sytuacja posłów nie jest równa. Uprzywilejowani są ci z dobrze skomunikowanych okręgów blisko Warszawy, którzy mogą za darmo podróżować pociągiem. "Wtedy pieniądze z kilometrówki mogą wydać na coś innego, np. swoje biuro poselskie" – tłumaczy jeden z rozmówców.

Inni wskazują na "ukryte, dodatkowe koszty", które ponoszą, dojeżdżając z odległych części kraju, argumentując, że nie ma jednego, sprawiedliwego rozwiązania dla wszystkich.

Tu nie ma dobrego rozwiązania, każdy poseł jest w innej sytuacji. Najważniejsza jest transparentność i ocena wyborców.

Problem leży gdzie indziej? Czarzasty może otworzyć puszkę Pandory

Dyskusja o parlamentarnych kilometrówkach może być jednak tylko wierzchołkiem góry lodowej. Coraz głośniej mówi się, że prawdziwym problemem nie są podróże posłów, a fatalne warunki zatrudnienia ich asystentów, którzy są kluczowi dla jakości pracy parlamentarzystów.

Liczby mówią same za siebie. Podczas gdy średnie wynagrodzenie w Kancelarii Sejmu to 17 600 zł brutto, asystenci w biurach poselskich mogą liczyć na niewiele ponad 6 000 zł. "Co z tego, że ryczałt wynosi 23 tys. zł, skoro jeśli podliczy się koszty wynajmu biura, to ciężko o dobrego asystenta" – żali się jeden z posłów.

Jarosław Urbaniak z KO proponuje rozwiązanie na wzór Parlamentu Europejskiego: osobna pula na asystentów i osobna na biuro.

Ważniejsza kwestia to zatrudnienie asystentów dla posłów na godziwych warunkach, to oni mają większy wpływ na jakość pracy niż kilometrówka czy darmowe przejazdy pociągiem.

Wygląda więc na to, że reforma kilometrówek, którą zapowiedział Włodzimierz Czarzasty, może niespodziewanie otworzyć puszkę Pandory. Próba ucywilizowania jednego dodatku może wywołać lawinę i zmusić polityków do znacznie szerszej i trudniejszej debaty o ich zarobkach, przywilejach i prawdziwych kosztach funkcjonowania demokracji. To może być dopiero początek. Czy batalia o kilometrówki to dopiero preludium do wielkiej wojny o zarobki i przywileje całej klasy politycznej?

Źródło: Witold Rozbicki/REPORTER/ East News
Reklama
Reklama