Atak na polskiego ambasadora w Petersburgu to nie był spontaniczny protest, a zaplanowana prowokacja. Poznano już tożsamość napastników – to aktywiści prokremlowskiej bojówki, finansowanej przez partię Putina i znanej z brutalnego pacyfikowania antywojennych demonstracji.
Najpierw wyzwiska, potem próba ataku. Tak wyglądała napaść na ambasadora
Scena jak z gangsterskiego filmu rozegrała się 20 listopada 2025 roku w biały dzień w centrum Sankt Petersburga. Ambasador RP, Krzysztof Krajewski, w towarzystwie konsula zmierzał na nabożeństwo z okazji polskiego Święta Niepodległości. Nagle drogę zastąpiła mu grupa agresywnych mężczyzn z antypolskimi i antyukraińskimi transparentami. Konfrontacja błyskawicznie eskalowała.
Dlaczego sponsorujesz władze Ukrainy? Odpowiedz na pytanie!
– krzyczał jeden z mężczyzn.
Trzeba wezwać policję
– odpowiedział spokojnie ambasador Krajewski.
Na siebie wezwij policję, terrorysto. Terrorysta chodzi po Petersburgu. Ludzie, co się dzieje!
– wrzeszczał w odpowiedzi napastnik.
Napastnicy nie zamierzali poprzestać na słowach. Jak potwierdziło polskie MSZ, "od napaści słownej chcieli przejść do napaści fizycznej". Do eskalacji nie doszło tylko dzięki błyskawicznej i profesjonalnej interwencji funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa (SOP), którzy otoczyli dyplomatę i ewakuowali go w bezpieczne miejsce.

Czytaj także: Sikorski zadecydował. Ostatni konsulat Rosji w Polsce przestanie istnieć
Zdemaskowano ich tożsamość. To aktywiści prokremlowskiej bojówki
Prowokacja została nagrana i błyskawicznie wykorzystana przez rosyjską propagandę. Jednak dzięki śledztwu niezależnych rosyjskich dziennikarzy z serwisu Agenctwo, twarze napastników nie pozostały anonimowe. Okazało się, że za atakiem stoją ludzie dobrze znani w prokremlowskich kręgach. To między innymi 21-letni Wadim Jamszczykow i 23-letni Aleksander Rybakow.
Obaj są aktywnymi członkami organizacji Kompania Ochotników. To nie są przypadkowi "oburzeni obywatele", ale ludzie wykonujący polityczne zlecenia. Wadim Jamszczykow był nawet niedawno odznaczany na forum prokremlowskiego Światowego Rosyjskiego Soboru Ludowego. Z kolei zdjęcia Rybakowa można znaleźć w fotoreportażach z "humanitarnych" podróży na Donbas i partyjnych eventów.
Czym jest Kompania Ochotników? Rozbijają protesty i dostają pieniądze od Kremla
Kompania Ochotników to organizacja-przykrywka, oficjalnie zajmująca się wolontariatem, a w rzeczywistości działająca jako bojówka na usługach Kremla. Jest bezpośrednio powiązana z partią Władimira Putina, Jedna Rosja, a jej założycielem jest członek tej partii, Anton Demidow. Grupa regularnie otrzymuje hojne finansowanie z funduszu prezydenckiego i od władz regionalnych.
Swoją lojalność wobec władzy udowadniają w brutalny sposób. To właśnie "ochotnicy" z tej organizacji zasłynęli ostatnio z siłowego rozbijania pokojowych demonstracji żon rosyjskich żołnierzy, które domagają się powrotu swoich mężów z frontu w Ukrainie. Atak na polskiego ambasadora to dla nich po prostu kolejne zadanie do wykonania.

Bohaterstwo SOP i bierność Rosjan. "Zostaliśmy pozostawieni sami sobie"
Podczas gdy napastnicy próbowali przedrzeć się do ambasadora, funkcjonariusze polskiej Służby Ochrony Państwa (SOP) zachowali zimną krew, tworząc żywą tarczę i ewakuując dyplomatę. Rzecznik SOP, płk Bogusław Piórkowski, nie ma wątpliwości co do skali zagrożenia.
Sytuacja była dość groźna. Gdyby nie było naszych funkcjonariuszy, to nawet nie chcę komentować, co mogłoby się wydarzyć.
Co więcej, w trakcie całego zdarzenia polscy funkcjonariusze nie otrzymali żadnego wsparcia od rosyjskich służb, które biernie przyglądały się zorganizowanej napaści na dyplomatę. To jawne złamanie wszelkich konwencji.
Polska żąda wyjaśnień, Rosja odpowiada kpiną
Reakcja strony polskiej była natychmiastowa i stanowcza. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał incydent wprost "skandalem dyplomatycznym" i "złamaniem prawa międzynarodowego". Ministerstwo Spraw Zagranicznych wezwało rosyjskiego chargé d’affaires, a w oficjalnym komunikacie podkreśliło wagę zdarzenia.
To najpoważniejszy incydent tego rodzaju od wielu lat.
A jaka była odpowiedź Rosji na dyplomatyczny protest? Kuriozalna i nonszalancka. Jak poinformował rzecznik MSZ Maciej Wewiór, strona rosyjska ograniczyła się do zdawkowego stwierdzenia.
W odpowiedzi usłyszeliśmy, że tego typu sytuacje "nie powinny mieć miejsca".
Napaść na ambasadora w Sankt Petersburgu nie była przypadkiem, a starannie wyreżyserowaną prowokacją, która wpisuje się w antypolską politykę Kremla. Dziś, dzięki pracy niezależnych mediów, wiemy, że za transparentami nie stali przypadkowi ludzie, ale opłacani przez partię Putina aktywiści. To nie był protest, lecz celowa, wroga akcja polityczna, której celem było zastraszenie polskiego dyplomaty.