Michał Woś, jeden z najwierniejszych "aniołków Ziobry", może wkrótce zamienić sejmowe ławy na zupełnie inne, mniej wygodne miejsce. Prokuratura Krajowa oficjalnie skierowała przeciwko niemu akt oskarżenia w aferze Funduszu Sprawiedliwości. Stawka jest gigantyczna: 25 milionów złotych, osławiony system Pegasus i groźba nawet 10 lat więzienia. Czy to koniec człowieka, który stał za jednym z największych skandali poprzedniej władzy?
25 milionów wyjęte z kieszeni ofiar. Tak Woś miał sfinansować Pegasusa
Polityczne trzęsienie ziemi stało się faktem. Prokuratura Krajowa skierowała do Sądu Okręgowego w Warszawie obszerny, liczący 248 stron, akt oskarżenia przeciwko posłowi PiS, Michałowi Wosiowi. Były wiceminister sprawiedliwości usłyszał potężne zarzuty: nadużycie uprawnień, niedopełnienie obowiązków i doprowadzenie do gigantycznej szkody Skarbu Państwa w wysokości 25 mln zł. Śledczy twierdzą, że polityk działał "w celu osiągnięcia korzyści osobistych i politycznych".
Według prokuratury mechanizm był prosty, ale bezczelny. Jako dysponent środków z Funduszu Sprawiedliwości, Michał Woś miał w 2017 roku podpisać umowę z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym (CBA) na przekazanie 25 mln zł. Problem w tym, że fundusz ten z założenia ma pomagać ofiarom przestępstw, a nie finansować służby specjalne. Śledczy podkreślają, że Woś zrobił to bez wymaganej zgody ministra finansów i sejmowej komisji, doskonale wiedząc, że CBA nie kwalifikowało się do otrzymania tych pieniędzy.
Wisienką na torcie jest cel, na który przeznaczono te publiczne miliony. To właśnie za te środki CBA miało zakupić owiany złą sławą system Pegasus – potężne oprogramowanie szpiegowskie, które stało się symbolem nielegalnej inwigilacji za rządów Zjednoczonej Prawicy. Tym samym afera Pegasus w Polsce wchodzi w nową, sądową fazę, a prokuratura twierdzi, że ma w ręku dowody, które mogą pogrążyć jednego z jej głównych architektów.
Woś kpi z zarzutów i idzie w zaparte. "Zrobiłbym to ponownie"
Sam oskarżony nie wygląda jednak na przejętego. Od początku sprawy Michał Woś konsekwentnie twierdzi, że jest niewinny, a cała sprawa to polityczna zemsta i "bełkot". Po usłyszeniu zarzutów kpił z prokuratury, rzucając w jej stronę ostre słowa.
Bez zaskoczeń. Wysłuchałem tego bełkotu, jakoby bym naruszał interes publiczny tym, że państwo polskie przestało być głuche i ślepe na kryminalistów, że państwo polskie zyskało narzędzia do łapania szpiegów.
Polityk PiS oskarżony o gigantyczne nadużycia nie zamierza się kajać. Przeciwnie – z dumą broni swoich decyzji, przekonując, że dofinansowanie CBA było konieczne do walki z przestępczością. W oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych zadeklarował wprost, że niczego nie żałuje.
Gdybym dziś miał ponownie podjąć decyzję o dofinansowaniu sprzętu dla CBA - zrobiłbym to ponownie.
Innymi słowy: poseł PiS nie tylko nie żałuje, ale wręcz szczyci się swoją decyzją, stawiając się w roli męczennika walczącego o bezpieczeństwo państwa. Jego linia obrony jest jasna: działał w pełni legalnie, bo "nieprawdą jest, że CBA może być finansowane 'wyłącznie' z budżetu państwa". Woś idzie na otwartą wojnę z prokuraturą i wymiarem sprawiedliwości, sugerując, że nie ma co liczyć na uczciwy proces.

Grozi mu do 10 lat więzienia. Co dalej z człowiekiem Ziobry?
Akt oskarżenia przeciwko Wosiowi to nie tylko prawna formalność. To początek procesu, który może zakończyć jego polityczną karierę. Czyny zarzucane posłowi zagrożone są karą od 1 roku do 10 lat pozbawienia wolności. Jak poinformowała rzeczniczka Prokuratora Generalnego Anna Adamiak, materiał dowodowy jest potężny.
Ten akt oskarżenia jest bardzo obszerny - zawarty jest na 248 stronach. Prokurator w uzasadnieniu odniósł się bardzo szczegółowo, wskazał przede wszystkim na dowody, które uzyskał w toku prowadzonego postępowania.
Śledczy zawnioskowali o przesłuchanie 33 świadków i zapoznanie się z 522 dowodami. Sprawa jest więc traktowana z najwyższą powagą.
Politycznie jest to potężny cios w samo serce środowiska Suwerennej Polski. Michał Woś to nie jest szeregowy poseł, a jeden z najbliższych i najbardziej zaufanych ludzi Zbigniewa Ziobry. Sprawa dotyka więc samego rdzenia układu, który przez lata zarządzał Ministerstwem Sprawiedliwości i kontrowersyjnym Funduszem Sprawiedliwości.
Warto przypomnieć, że prokuratura mogła postawić zarzuty i skierować sprawę do sądu tylko dlatego, że wcześniej Sejm wyraził na to zgodę, uchylając Wosiowi immunitet. Teraz o jego losie zdecyduje niezawisły sąd. W ramach zastosowanych środków zapobiegawczych Woś ma zakaz kontaktowania się z 32 osobami, w tym z kluczowymi świadkami oraz... ze swoim politycznym mentorem, Zbigniewem Ziobrą.
Woś swoje, a internet swoje. "Buta i arogancja władzy"
Jak można było się spodziewać, sprawa błyskawicznie podzieliła scenę polityczną. Dla jednych to dowód na rozliczanie afer PiS, dla drugich – zwykła polityczna zemsta. Jednak to komentarze w sieci najlepiej oddają nastroje społeczne, a te dla posła PiS są bezlitosne:
Bezczelność tej ekipy nie zna granic. Pieniądze dla ofiar poszły na podsłuchy, a on jeszcze udaje bohatera.
Mam nadzieję, że sąd nie będzie miał litości. To test dla naszego państwa. Koniec świętych krów.
Ta buta i arogancja są po prostu niewiarygodne. Zero skruchy.
A za chwilę usłyszymy, że to wszystko wina Tuska i zamach na demokrację. Standardowa śpiewka.