To miało być polityczne show, a zamieniło się w samosąd, w którym Zbigniew Ziobro pogrążył nie tylko siebie, ale i własnych ludzi. Jego zeznania przed komisją ds. Pegasusa wywołały szok, a słowa o "wkopaniu kumpli" niosą się po sejmowych korytarzach, zapowiadając polityczne trzęsienie ziemi.
Ziobro przerywa milczenie. Te słowa pogrążą jego kolegów
Atmosfera była gęsta od samego rana. Były minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro, został zatrzymany na lotnisku tuż po przylocie z Brukseli i przewieziony prosto do Sejmu RP. Transmitowane na żywo przesłuchanie przed komisją śledczą ds. Pegasusa miało być jego wielkim powrotem i pokazem siły. I rzeczywiście, Ziobro bronił zakupu szpiegowskiego oprogramowania z pełnym przekonaniem, rzucając na stół argumenty o walce z dywersantami planującymi wykolejenie pociągów.
Jednak to właśnie w tej brawurowej obronie politycy koalicji dopatrzyli się czegoś więcej. Ziobro, chcąc usprawiedliwić zakup systemu, wypowiedział kluczowe słowa, które mogą okazać się gwoździem do trumny dla jego dawnych podwładnych.
Moim obowiązkiem było stworzenie podległym mi ludziom warunków do walki z przestępczością (…) Odkryliśmy szajkę dywersantów, którzy mieli wykolejać pociągi. Doszłoby do śmierci Polaków. Dzięki Pegasusowi zapobiegliśmy temu.
Mówiąc o "stworzeniu podległym mi ludziom warunków", Ziobro, być może nieświadomie, wskazał palcem na cały łańcuch swoich współpracowników. Jego słowa to dla prokuratury jasny sygnał: on był na szczycie, ale pod nim działali konkretni ludzie, którzy te "warunki" realizowali i wykonywali polecenia. To właśnie ich Ziobro wystawił na pierwszą linię ognia. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, a Roman Giertych triumfował:
Fajnie, że Ziobro się przyznał do wydania polecenia zakupu Pegasusa. Czas na zarzuty o sprawstwo kierownicze. Przyznanie się jest królową dowodów.

"Rozjeżdża bandę cymbałów" kontra "sypie się jak domek z kart"
Wystąpienie Zbigniewa Ziobry natychmiast podzieliło scenę polityczną i wywołało lawinę komentarzy. Jego zwolennicy byli w ekstazie. Poseł Dariusz Matecki chwalił w sieci, że jego mentor "rozjeżdża bandę cymbałów", a Jacek Sasin ocenił, że to "najlepszą kampanią informacyjną dot. przekrętów ludzi Tuska".
Zupełnie inne nastroje panowały po drugiej stronie sali. Europoseł Krzysztof Brejza, sam inwigilowany Pegasusem, stwierdził krótko, że cała narracja byłego ministra "sypie się jak domek z kart". Najmocniej uderzył jednak poseł Koalicji Obywatelskiej, Zbigniew Konwiński. Jego zdaniem zeznania Ziobry to gotowy materiał dla prokuratury.
Przyznał się do tylu naruszeń prawa w związku z Pegasusem, że nic więcej prokuraturze ani sądowi nie powinno być potrzeba.
"Wkopał kilku kumpli". Kto teraz nie śpi po nocach?
Słowa o "wkopaniu kumpli" to nie tylko zgrabny bon mot. Zbigniew Ziobro swoimi zeznaniami otworzył prokuraturze drogę do zbadania odpowiedzialności całego swojego otoczenia. Na celowniku znaleźli się przede wszystkim jego najbliżsi współpracownicy z Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy nadzorowali Fundusz Sprawiedliwości, skąd popłynęły pieniądze na Pegasusa. W kłopotach mogą być także byli szefowie CBA i innych służb, którzy systemem operowali, wykonując polityczne zlecenia. Ziobro, broniąc siebie, mógł właśnie wystawić im rachunek za lojalność.
Eksperci nie mają złudzeń. "To początek końca"
Chociaż politycy PiS bronią swojego byłego lidera, komentatorzy są zgodni: zeznania Ziobry mogą uruchomić lawinę, która pogrąży całą formację. To otwarcie puszki Pandory, z której mogą wylecieć kolejne nazwiska i niewygodne fakty. Jedno jest pewne: po tym przesłuchaniu w obozie Zjednoczonej Prawicy nic już nie będzie takie samo, a wojna na szczytach władzy dopiero się zaczyna.