To, co nowa dyrekcja odkryła w jednej z chłodni opolskiego zoo, mrozi krew w żyłach. Przez lata w ukryciu przechowywano rozkładające się zwłoki zwierząt, a smród był nie do wytrzymania. Sprawa, która rzuca cień na lata funkcjonowania placówki, wyszła na jaw przez przypadek.
Szok w opolskim zoo. "Wysypywały się z nich larwy"
Makabrycznego odkrycia w zoo w Opolu dokonano pod koniec czerwca, ale dopiero teraz sprawa ujrzała światło dzienne w całej Polsce. Wszystko zaczęło się od prozaicznej awarii kontenera mroźniczego. Gdy nowa dyrekcja placówki zajrzała do środka, ich oczom ukazał się dantejski obraz, który na długo pozostanie w pamięci pracowników.
Widok był wstrząsający. Ciała zwierząt znajdowały się w zaawansowanym stadium rozkładu. Wysypywały się z nich larwy. Smród był nie do wytrzymania
– relacjonuje anonimowo jeden z pracowników opolskiego zoo.
Jak się okazało, usterka techniczna jedynie przyspieszyła ujawnienie wieloletnich zaniedbań. Według relacji personelu, problem z chłodnią nie był niczym nowym. Urządzenie miało psuć się od dawna, przez co przechowywane w nim zwłoki zwierząt wielokrotnie zamarzały i odmarzały, potęgując procesy gnilne.
Jaguarzyca, gepardy i pantera. Niektóre zwierzęta czekały na utylizację dekadę
W kontenerze znaleziono prawdziwe cmentarzysko. Wśród szczątków zidentyfikowano dwa gepardy, jaguara, panterę śnieżną, dwa flamingi oraz głowę antylopy bongo. Te zwierzęta chronione, niegdyś podziwiane przez tłumy w tym popularnym ogrodzie zoologicznym, po śmierci spotkał wyjątkowo niegodny los. Niektóre z nich czekały na pochówek od lat.
Najstarsze szczątki – głowa bongo – pochodziły z marca 2015 roku, co oznacza, że przeleżały w chłodni ponad dekadę. Wśród martwych zwierząt była też ulubienica zwiedzających, jaguarzyca Bora, która odeszła ponad cztery lata temu. Łączna masa makabrycznego znaleziska, wliczając w to również niezużytą karmę, wyniosła około 350 kilogramów.

Czytaj więcej: Koniec z barbarzyństwem! Sejm zerwał łańcuchy polskim psom. Tusk triumfuje: "Wreszcie!"
Były dyrektor o niczym nie wiedział? "Wykonywaliśmy tylko polecenia"
Nowa dyrektor placówki, Aleksandra Czechowska, która objęła stery w lutym tego roku, stanęła przed murem milczenia i problemem, którego skali nikt się nie spodziewał. W rozmowach z mediami bezradnie rozkłada ręce.
Potwierdzam, że taka sytuacja miała miejsce, nie potrafię natomiast odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zwłoki nie zostały przekazane do utylizacji. Nie wiem, dlaczego tu stało się inaczej, ale natychmiast po ujawnieniu zwłok podjęliśmy działania naprawcze
– mówi Aleksandra Czechowska.
Z jej niewiedzą kontrastują jednak nieoficjalne relacje pracowników, którzy mieli twierdzić, że wieloletnie przetrzymywanie zwłok nie było przypadkiem. Ich tłumaczenie jest krótkie i mrożące krew w żyłach: "wykonywali tylko polecenia poprzedniego szefa".
Tymczasem były dyrektor, Lesław Sobieraj, który zarządzał zoo w Opolu przez 35 lat i na początku roku przeszedł na emeryturę, jest kompletnie zaskoczony. Twierdzi, że o niczym nie wiedział, a co więcej, był przekonany, że zwłoki jaguarzycy Bory dawno temu trafiły do utylizacji. W gąszczu sprzecznych relacji jedno jest pewne – ktoś w tej historii mija się z prawdą.
Czarny rynek czy badania? Sprzeczne teorie na temat makabry w chłodni
Czy za wszystkim stało jedynie rażące zaniedbanie? Pojawiają się też inne, znacznie bardziej niepokojące teorie. Głos w sprawie zabrał Mariusz Włodarczyk, starszy technik weterynarii w opolskim zoo, rzucając na sprawę zupełnie nowe światło.
- Gatunki podlegające ścisłej ochronie, np. jaguary, są chronione nie tylko za życia. Cennym i niezwykle pożądanym trofeum jest dla handlarzy ich skóra, ale też na przykład zęby czy pazury, dlatego chcieliśmy mieć pewność, że nie trafią one na czarny rynek. Gdyby nie awaria, mogłyby w przyszłości zostać wypreparowane przez specjalistyczne jednostki, albo – jak w przypadku gepardów – stanowić bazę do badań tkankowych.
Tę wersję zdają się częściowo potwierdzać anonimowe przypuszczenia jednego z pracowników, który zastanawia się, czy nie planowano przekształcić zwierząt w eksponaty. "Być może te zwierzęta miały zostać wypreparowane i wyeksponowane, ale coś poszło nie tak? To tylko nasze przypuszczenia" – mówi, dodając całej sprawie aury tajemnicy.
Czytaj także: Donek Dolittle karmi wiewiórkę, a fanki pieją z zachwytu. "Zwierzęta czują dobrych ludzi" [wideo]
Nowa dyrekcja przerywa milczenie. Jest oficjalne oświadczenie
W obliczu skandalu nowe władze zoo rozpoczęły gorączkowe działania ratunkowe. O sprawie natychmiast powiadomiono Powiatowego Lekarza Weterynarii, a ponad 300 kilogramów rozkładających się szczątków w trybie pilnym przekazano do utylizacji. Władze miasta wsparły placówkę, dzięki czemu kupiono dodatkowy sprzęt mroźniczy, by – jak zapewnia dyrekcja – koszmar z przeszłości nigdy się nie powtórzył.
W oficjalnym komunikacie opublikowanym w mediach społecznościowych dyrekcja próbuje odciąć się od zaniedbań poprzedników i obiecuje transparentność, apelując o zaufanie do wprowadzanych zmian:
Przez ostatnie miesiące macie Państwo okazję obserwować i chwalić liczne zmiany, które zachodzą w naszym zoo. Na to, co było w przeszłości, nie mamy wpływu, niemniej także odczuwamy żal, że i takie historie miały miejsce w naszym ogrodzie. Dziś kierownictwo ogrodu koncentruje się na dalszym rozwoju placówki oraz transparentności działań.