Miało być wielkie muzeum ku chwale Jana Pawła II, a wyszło... no właśnie, co? Najwyższa Izba Kontroli twierdzi, że za ponad 200 milionów publicznych pieniędzy powstał budynek z gigantyczną salą widowiskową, który może trafić w prywatne ręce. NIK składa zawiadomienie do prokuratury na byłego ministra Piotra Glińskiego, a cała Polska pyta, na co poszły nasze pieniądze w toruńskiej inwestycji ojca Tadeusza Rydzyka.
NIK zawiadamia prokuraturę. Glińskiemu grożą poważne zarzuty
Najwyższa Izba Kontroli nie bawi się w dyplomację i idzie na otwartą wojnę z byłym ministrem kultury. Piotr Gliński ma na karku zawiadomienie do prokuratury w związku z finansowaniem Muzeum "Pamięć i Tożsamość", flagowej inwestycji środowiska związanego z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Zarzuty? Potężne: przekroczenie uprawnień i wyrządzenie Skarbowi Państwa szkody na co najmniej 57 milionów złotych.
Kontrolerzy NIK bezlitośnie punktują, że za publiczne pieniądze, zamiast placówki muzealnej z prawdziwego zdarzenia, powstał wielofunkcyjny kompleks. W budynku znalazły się m.in. dwie sale widowiskowe, z czego jedna to kolos na ponad 800 miejsc. Pytanie, które samo ciśnie się na usta, brzmi: czy państwo sfinansowało muzeum, czy może raczej nowoczesne centrum eventowe dla prywatnej fundacji?

206 milionów na stół. Jak państwo sfinansowało "dzieło" ojca Rydzyka
Wszystko zaczęło się w czerwcu 2018 roku. Wtedy to ówczesny minister kultury Piotr Gliński zawarł umowę z Fundacją Lux Veritatis, która – jak podkreśla NIK – nie miała żadnego doświadczenia w prowadzeniu działalności muzealnej. Plan był szczytny: stworzyć wielkie Muzeum Pamięć i Tożsamość, które miało opowiadać o historii Polski.
Na ten cel z publicznej kasy popłynął strumień pieniędzy. Do czasu zakończenia kontroli Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wydało na projekt niemal 206 milionów złotych. Z tego prawie 149 milionów poszło na samą budowę – to dwa razy więcej, niż pierwotnie zakładano. Państwo okazało się niezwykle hojnym mecenasem, choć, jak twierdzi NIK, nadzór nad wydatkami był iluzoryczny.
"Nie mieli nawet pomysłu". Porażająca lista zarzutów NIK
Raport Najwyższej Izby Kontroli czyta się jak scenariusz politycznego thrillera. Lista nieprawidłowości jest długa i porażająca. Kontrolerzy ustalili, że ministerstwo nie dysponowało nawet projektem budowlanym inwestycji ani przed, ani po podpisaniu umowy. Mimo to pieniądze płynęły szerokim strumieniem.
Ponad 57 milionów złotych wydano na przygotowanie wystawy stałej, choć umowa jasno wskazywała, że jest to zadanie fundacji. Co więcej, resort kultury nie zweryfikował wartości zbiorów, które miały stanowić serce muzeum. Fundacja wyceniła je na ponad 88 milionów złotych, ale według NIK wycena była "niezwykle uproszczona", a same zbiory niewystarczające do stworzenia ekspozycji. W oficjalnym komunikacie Izba stwierdza bez ogródek:
W trakcie budowy okazało się jednak, że MKiDN w odpowiedzi na propozycję Lux Veritatis niemal w całości sfinansowało siedzibę muzeum, w którym nie ma czego prezentować zwiedzającym, bowiem fundacja nie tylko nie zgromadziła odpowiedniego zbioru eksponatów, ale nie miała nawet pomysłu na to, jakie muzealia zebrać, w jaki sposób to zrobić i jak je pokazać.
Wisienką na torcie jest ruch, który Piotr Gliński wykonał tuż po przegranych wyborach. 19 października 2023 roku podpisał aneks, który "zabetonował" finansowanie dla fundacji na kolejne cztery lata, gwarantując jej co najmniej 15 milionów złotych rocznie. Tego samego dnia z wielką pompą otwarto muzeum. Problem? Placówka nie miała wystawy stałej i zatrudniała zaledwie kilka osób. To trochę tak, jakby otworzyć restaurację bez kucharza i jedzenia.

Gliński kontratakuje: "Wiarygodność NIK jest zerowa"
Były minister kultury Piotr Gliński nie ma sobie nic do zarzucenia. W jego ocenie cała sprawa to polityczna nagonka sterowana przez prezesa NIK, Mariana Banasia.
Wiarygodność NIK-u jest obecnie zerowa, kontrole są tendencyjne i realizowane na zamówienie polityczne. (...) Przyjmuję ten raport Najwyższej Izby Kontroli jako jeszcze jeden przejaw działalności politycznej pana Mariana Banasia.
Gliński bronił się, argumentując, że współprowadzenie instytucji kultury z podmiotami zewnętrznymi to standard, i porównał muzeum Rydzyka do tak renomowanych placówek jak Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie czy Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Odpierał też zarzut, że państwowa instytucja może łatwo stać się prywatną własnością:
To kłamstwo. "Stosunkowo krótki czas" to jest dziesięć lat pod warunkiem samodzielnego utrzymywania muzeum przez ten czas i utrzymywania jego publicznej funkcji. Jest to mniej więcej 15 milionów rocznie, czyli 150 mln musiałaby Fundacja Lux Veritatis zainwestować, żeby stać się właścicielem, czyli pokryć mniej więcej to, ile państwo zainwestowało w tę budowę.
W ocenie byłego ministra umowa była transparentna i w pełni zabezpieczała interes Skarbu Państwa.

Prokuratura wkracza do gry. Co grozi byłemu ministrowi i o. Rydzykowi?
Teraz ruch należy do prokuratury. Zawiadomienie NIK otwiera drogę do wszczęcia śledztwa, które może zakończyć się postawieniem zarzutów byłemu ministrowi. Chodzi o przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę Skarbu Państwa, za co grożą surowe konsekwencje.
NIK domaga się od obecnego kierownictwa resortu kultury podjęcia konkretnych działań: unieważnienia zapisu o braku obowiązku zwrotu nakładów przez fundację oraz wystąpienia o zwrot ponad 57 milionów złotych wydanych na wystawę stałą. Chce też, by ministerstwo skontrolowało, ile dokładnie kosztowała budowa części "pozamuzealnej" i zażądało tych pieniędzy od Fundacji Lux Veritatis.
Sprawa gigantycznych dotacji dla muzeum ojca Rydzyka dopiero się zaczyna, a jej finał może być jednym z najgłośniejszych politycznych rozliczeń ostatnich lat. Czy publiczne pieniądze rzeczywiście poszły na "apartamenty", jak sugeruje tytuł? Tego NIK wprost nie mówi, ale wskazuje na pomieszczenia zbędne do działalności muzealnej. Jedno jest pewne: ta afera będzie grzała polską scenę polityczną jeszcze przez długie miesiące.