Lech Wałęsa, znany ze swojego ciętego języka, nie zostawił suchej nitki na kończącym kadencję Andrzeju Dudzie. Jego słowa to nie tylko krytyka, to całkowite wymazanie prezydenta z historii. Były przywódca Solidarności stwierdził wprost, że o tych 10 latach chciałby po prostu zapomnieć.
Wałęsa bezlitośnie o Dudzie
To podsumowanie, które przejdzie do historii. W najnowszym wywiadzie dla tygodnika Wprost, Lech Wałęsa został poproszony o ocenę dziesięciu lat rządów Andrzeja Dudy. Odpowiedź była krótka, ale brutalnie dosadna.
Chciałbym zapomnieć, że coś takiego zdarzyło się Polsce. Ani jednego zdania więcej temu człowiekowi nie poświęcę. Nie wypowiem się ani dobrze, ani źle. Szkoda moich słów.
Legendarny przywódca Solidarności uciął temat, odmawiając dalszych komentarzy. Jak stwierdził, na pytanie o Andrzeja Dudę reaguje jednoznacznie:
Pani da mi spokój z tym człowiekiem. Poproszę o inne pytanie. Zapomnijmy o nim na zawsze.

Ta pog@rda jest być może bardziej wymowna niż najostrzejsza krytyka.
A Duda: Wystawił sobie "piątkę" i nie czuje porażki
W tym samym czasie, gdy Lech Wałęsa wymazuje go z historii, sam Andrzej Duda nie ma sobie absolutnie nic do zarzucenia. W rozmowie z Bogdanem Rymanowskim ustępujący prezydent dokonał autorskiej recenzji swojej prezydentury i w skali szkolnej bez wahania wystawił sobie "piątkę".
Nie mam poczucia jakiejkolwiek porażki. Absolutnie. Uważam, że to było bardzo udane 10 lat. Jestem usatysfakcjonowany.
Andrzej Duda, niewzruszony krytyką, jako dowód swojego sukcesu wskazuje na słupki poparcia i zwycięstwo swojego protegowanego, Karola Nawrockiego. Jak sam stwierdził, "poparł go w sposób zdecydowany", co ma być ostatecznym potwierdzeniem, że jego prezydentura była pasmem sukcesów.
Kiedyś dał mu kredyt zaufania. Dziś nazywa to "cyrkiem"
Relacje między Lechem Wałęsą a Andrzejem Dudą nie zawsze były tak lodowate. Były prezydent był obecny na pierwszym zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy w 2015 roku. Jak sam przyznaje, miał wtedy resztki nadziei.
Byłem tylko raz, gdy wygrał w 2015 r. Wziąłem udział w tym wydarzeniu, bo miałem nadzieję, że zrobi coś sensownego.
Ta nadzieja szybko jednak umarła. Lech Wałęsa poczuł, że "kompletnie się zawiódł", a na drugą ceremonię w 2020 roku już nie przyszedł. Swoją nieobecność skwitował krótko, nazywając wydarzenie "cyrkiem". W swoim bojkocie nie był zresztą osamotniony – na sali zabrakło także byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, a posłanki Lewicy zamanifestowały swój sprzeciw, ubierając się w kolory tęczy.

Gorzka tradycja polskich zaprzysiężeń. To nie pierwszy taki bojkot
Gest Lecha Wałęsy, choć ostry, nie jest niczym nowym na polskiej scenie politycznej. Bojkotowanie zaprzysiężeń to już niemal tradycja, która doskonale obrazuje głębokość podziałów. Historia pamięta, jak w 1995 roku to właśnie Lech Wałęsa, po bolesnej przegranej w wyborach, nie pojawił się na inauguracji prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.
Ten rodzaj politycznej manifestacji powtórzył się w 2010 roku. Wówczas Jarosław Kaczyński zbojkotował zaprzysiężenie Bronisława Komorowskiego, które odbywało się w cieniu katastrofy smoleńskiej. Puste krzesło na sali obrad Zgromadzenia Narodowego stało się symbolem politycznych urazów, które często mówią więcej niż jakiekolwiek oficjalne przemówienia.
To nie koniec bojkotu. Wałęsa ostro także o następcy Dudy
Niechęć Lecha Wałęsy nie ogranicza się wyłącznie do osoby Andrzeja Dudy. Jego krytyka obejmuje cały obóz polityczny, z którego wywodzi się obecny i przyszły prezydent. Lech Wałęsa już dawno zapowiedział, że zbojkotuje również zaprzysiężenie prezydenta elekta, Karola Nawrockiego. Zapytany jeszcze przed uroczystością przez Wprost, czy pojawi się na uroczystości, odpowiedział z niedowierzaniem: "chyba pani żartuje".
Słowa o tym, że Karol Nawrocki "plami urząd prezydenta", pokazują jednoznacznie: Lech Wałęsa nie zamierza odpuszczać. To nie jest już tylko spór o politykę, to walka o dziedzictwo i definicję prezydentury, w której dla Andrzeja Dudy i jego następcy po prostu nie ma miejsca.