Afera gruntowa wokół CPK wstrząsnęła polską polityką, a prezes PiS zareagował błyskawicznie, zawieszając kluczowych polityków. Kiedy wydawało się, że partia próbuje posprzątać we własnych szeregach, Jarosław Kaczyński nagle zmienia narrację o 180 stopni, nazywając całą sprawę "oszukańczą propagandą" i atakiem na jego formację. Co tak naprawdę się wydarzyło?
Kaczyński uderza w stół. "Oszukańcza propaganda i obrzydliwa partia"
Podczas tegorocznego Krynica Forum 2025 Jarosław Kaczyński postanowił ostatecznie rozprawić się z tematem, który od kilku dni rozgrzewa polityczną scenę. Prezes Prawa i Sprawiedliwości w swoim stylu uciął wszelkie spekulacje, określając całą aferę z działką pod CPK mianem propagandowej zagrywki politycznych rywali. Zamiast tłumaczeń, postawił na frontalny atak, minimalizując znaczenie transakcji i uderzając w Platformę Obywatelską.
Jarosław Kaczyński stwierdził, że działka była "niestrategiczna", a interesy państwa w pełni zabezpieczone. Wszystkie pozostałe zarzuty to według niego kłamstwo, za którym stoi opozycja. W jego ocenie sprawa nie jest żadną "katastrofą dla tego projektu":
To była działka o niestrategicznym znaczeniu, a poza tym umowa całkowicie gwarantowała interesy państwa [...]. Cała reszta to jest po prostu oszukańcza propaganda, taka obrzydliwa, ale charakterystyczna dla PO, bo to obrzydliwa partia.
Mocne słowa lidera PiS miały zamknąć temat, ale wywołały jedynie jeszcze większe zdumienie. Zwłaszcza w kontekście jego własnych, podjętych zaledwie kilka dni wcześniej, radykalnych decyzji.

Propaganda? Chwilę wcześniej w PiS poleciały głowy
Zanim Jarosław Kaczyński ogłosił, że afera to tylko "oszukańcza propaganda", sam zachował się tak, jakby wierzył w najgorszy scenariusz. Tuż po tym, jak Wirtualna Polska ujawniła kontrowersyjną transakcję, prezes PiS zareagował z całą stanowczością. Szybka i bezkompromisowa decyzja miała pokazać, że w partii nie ma miejsca na takie nieprawidłowości.
W prawach członków partii natychmiast zawieszeni zostali politycy, którzy w momencie sprzedaży działki nadzorowali polskie rolnictwo. Z partią musieli pożegnać się były minister rolnictwa Robert Telus i jego zastępca Rafał Romanowski. Chwilę później dołączyli do nich były szef KOWR Waldemar Humięcki i jego zastępca z warszawskiego oddziału, Jerzy Wal. Ta surowa reakcja była jasnym sygnałem, że partia traktuje sprawę śmiertelnie poważnie. Tym bardziej zaskakująco brzmią dzisiejsze słowa prezesa, które zdają się całkowicie zaprzeczać jego wcześniejszym działaniom.
Afera o setki milionów. O co chodzi w sprawie działki pod CPK?
Całe zamieszanie dotyczy działki o powierzchni 160 hektarów w miejscowości Zabłotnia. To właśnie przez ten teren ma przebiegać kluczowa linia kolei dużych prędkości prowadząca wprost do lotniska CPK. Grunt, należący do państwowego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR), został sprzedany tuż przed oddaniem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, 1 grudnia 2023 roku.
Nowym właścicielem został Piotr Wielgomas, wiceprezes firmy Dawtona, która od lat dzierżawiła ten teren. Transakcję sfinalizowano za blisko 23 miliony złotych. Problem w tym, że według dziennikarskich ustaleń, po zmianie przeznaczenia gruntu jego wartość może poszybować nawet do 400 milionów złotych. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że jeszcze przed transakcją firmę Dawtona dwukrotnie odwiedzał ówczesny minister rolnictwa Robert Telus.
"Jakiś głupek sprzeda działkę". Początkowa panika w szeregach PiS
Najnowsza wypowiedź prezesa PiS stoi w ostrej sprzeczności nie tylko z jego własnymi decyzjami, ale także z pierwszymi, gorącymi reakcjami jego partyjnych kolegów. Zanim pojawiła się oficjalna linia obrony o "propagandzie", wielu prominentnych polityków PiS nie kryło oburzenia i mówiło o aferze wprost.
Głośnym echem odbił się wpis Piotra Glińskiego, który grzmiał, że "tysiące polskich patriotów, członków Prawa i Sprawiedliwości, wypruwa sobie żyły dla Polski, broni Ojczyzny przed Tuskiem, a jakiś głupek sprzeda działkę i cała praca w piach!". Jeszcze dosadniej sprawę komentował europoseł Joachim Brudziński, twierdząc, że "tutaj szwindlem śmierdzi na kilometr" i chwaląc "bezkompromisową i natychmiastową decyzję" lidera o zawieszeniach. Te słowa pokazują, że w pierwszych dniach nawet wewnątrz partii panowało przekonanie o gigantycznym skandalu.
PiS kontratakuje. Afera Platformy i sponsora Trzaskowskiego?
Po początkowym szoku i panice, Prawo i Sprawiedliwość przeszło jednak do zmasowanego kontrataku, próbując przerzucić odpowiedzialność na politycznych rywali. Narracja błyskawicznie zmieniła się z przyznania do problemu w "odwracanie kota ogonem". Politycy PiS zaczęli sugerować, że prawdziwymi beneficjentami afery są ludzie związani z obecną władzą, a firma **Dawtona** to sponsor kampanii Rafała Trzaskowskiego.
Były premier Mateusz Morawiecki, sam powiązany z niejasnymi zakupami działek wokół planowanej polskiej elektrowni atomowej, pisał na portalu X: "Panie Tusk - radziłbym sprawdzić, komu ci ludzie finansowali kampanię. I dlaczego dziennikarze nagłośnili sprawę dopiero teraz". Wtórował mu Paweł Jabłoński, twierdząc, że "ta afera jest tak naprawdę aferą Platformy Obywatelskiej, aferą spółki Dawtona, która była sponsorem kampanii Rafała Trzaskowskiego". Z kolei Janusz Kowalski oskarżył obecny rząd, że "od dwóch lat ekipa Donalda Tuska, ekipa PSL zamiata pod dywan sprawę działki" i zażądał dymisji obecnego szefa KOWR, Henryka Smolarza.

"Skandal i odwrócenie kota ogonem". Rząd odpowiada na zarzuty
Na próbę przerzucenia odpowiedzialności natychmiast zareagowała strona rządowa. Premier Donald Tusk w swoim stylu uderzył w poprzedników, przypominając o ich wcześniejszych interesach z nieruchomościami.
Mateusz Morawiecki zawsze umiał w działki, a pisowski minister od CPK Horała tłumaczył, że jak kraść, to tylko zgodnie z procedurami. Mam dla nich złą wiadomość: sprawa przekrętu opisanego przez WP od kilku miesięcy jest w prokuraturze. Zgodnie z procedurami oczywiście.
Głos zabrał również poseł Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Napieralski, który nazwał narrację PiS "skandalem i odwróceniem kota ogonem". Dosadnie przypomniał, kto stał za kontrowersyjną sprzedażą: "Przecież rząd tymczasowy PiS-u podpisał te dokumenty, nie my". Rzecznik rządu Adam Szłapka zapewnił z kolei, że sprawa nie zostanie zamieciona pod dywan i "musi być wyjaśniona »do spodu«".
Cała sytuacja pokazuje totalny chaos komunikacyjny i polityczną wojnę na całego. Jak donosi Polska Agencja Prasowa, powołując się na źródła w partii, w PiS panują obecnie "słabe nastroje i duże zdenerwowanie spowodowane rozjazdem komunikacyjnym". Trudno się dziwić – kiedy jedni politycy mówią o "szwindlu", a sam prezes o "propagandzie", wyborcy mogą poczuć się co najmniej zdezorientowani.