Jarosław Kaczyński spędził cztery godziny w prokuraturze, gdzie zeznawał w sprawie wyborów kopertowych. Tuż po przesłuchaniu rzecznik prokuratury ujawnił, jak zachowywał się prezes PiS i co odpowiedział na pytania śledczych. Słowa o jego pamięci mogą zaskoczyć.
Kaczyński stawia się w prokuraturze. Mówi o "elemencie operacji"
W środę 22 października 2025 roku przed gmachem prokuratury w Warszawie unosiło się napięcie, jakiego nie było od dawna. Na celowniku śledczych znalazł się sam Jarosław Kaczyński, a prezes PiS od samego początku nie zamierzał udawać, że to rutynowa wizyta.
Otoczony przez dziennikarzy, lider opozycji od razu przeszedł do ataku. Stwierdził, że wezwanie to "element tej operacji", która ma stworzyć pozory, że za rządów PiS dochodziło do przestępstw. Po czym dorzucił jeszcze mocniej, oskarżając obecną ekipę.
To element tej operacji, mam nadzieję, że będzie kiedyś rozliczona przez sądy, która ma stworzyć pozory, że za naszych rządów doszło do jakichś przestępstw. Nie doszło, przestępstwa popełnia obecna władza i to bardzo ciężkie.
Po tych mocnych słowach Jarosław Kaczyński zniknął za drzwiami prokuratury, gdzie czekało go wielogodzinne składanie zeznań.
Cztery godziny za zamkniętymi drzwiami. Prokurator ujawnia: "Nie pamiętał pewnych okoliczności"
Prezes PiS opuścił budynek dopiero około godziny 14. To, co działo się przez te niemal cztery godziny, owiane było tajemnicą aż do momentu, gdy głos zabrał rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prok. Piotr Antoni Skiba. Jego relacja rzuca nowe światło na przebieg przesłuchania.
Co ciekawe, mimo ciężaru sprawy, przesłuchanie miało przebiegać w... "bardzo dobrej atmosferze". Tak przynajmniej zapewniał prok. Skiba, dodając, że "było to podkreślane również przez świadka". To dość zaskakujący opis, biorąc pod uwagę, że cała afera może zaprowadzić byłego premiera na ławę oskarżonych.

Najbardziej zaskakujący okazał się jednak fragment dotyczący pamięci lidera opozycji. Choć odpowiedział na wszystkie pytania śledczych, w kluczowych momentach zawodziła go pamięć.
Wszystkie pytania zakończyły się odpowiedziami, w kilku przypadkach świadek nie pamiętał pewnych okoliczności.
Rzecznik dodał, że przesłuchanie nie było rejestrowane, a obecni na sali obrońcy Mateusza Morawieckiego nie zadali świadkowi żadnych pytań. Na razie prokuratura nie planuje ponownie wzywać prezesa PiS.
Wybory, które się nie odbyły. O co chodzi w sprawie wyborów kopertowych?
Dla tych, którzy pogubili się już w tej politycznej telenoweli, krótkie przypomnienie. O co tak naprawdę chodzi w aferze, która kosztowała miliony, a na końcu i tak nikt nie zagłosował?
Ówczesny premier, Mateusz Morawiecki, 16 kwietnia 2020 roku wydał Poczcie Polskiej oraz Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych polecenia przygotowania głosowania. Problem w tym, że zrobił to, zanim w życie weszła specjalna ustawa regulująca takie wybory. Ta zaczęła obowiązywać dopiero 9 maja, czyli zaledwie dzień przed planowanym głosowaniem.
Ostatecznie Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła, że głosowanie 10 maja nie może się odbyć, a cała operacja poszła do kosza, razem z wydanymi na nią publicznymi pieniędzmi. To właśnie w związku z tym Mateusz Morawiecki usłyszał zarzuty przekroczenia uprawnień. Grozi mu za to do 3 lat pozbawienia wolności.
"Polityczna hucpa". Błaszczak dolewa oliwy do ognia
Linia obrony PiS jest spójna i twarda – to nie była afera, tylko polityczny atak. Głos w sprawie zabrał także były szef MON, Mariusz Błaszczak, który nie szczędził ostrych słów pod adresem obecnego rządu.
Mamy do czynienia z hucpą rządu "Koalicji 13 grudnia". Tak jak w sprawie wiz, wyborów kopertowych, Pegasusa – to jest jedna wielka hucpa. To jest działanie, którego celem jest przesłonięcie tych rzeczywistych problemów, z jakimi boryka się Polska, a więc zapaść finansów publicznych, rekordowo wysoki deficyt finansów publicznych...
Prezes PiS murem za Morawieckim. "Zarzuty są absurdalne"
Jarosław Kaczyński od początku twardo broni swojego byłego premiera i całej operacji. Już w styczniu, komentując sprawę, nazwał zarzuty wobec Morawieckiego "absurdalnymi".
Prezes PiS wielokrotnie argumentował, że organizacja wyborów w konstytucyjnym terminie była obowiązkiem rządu, a winą za całe zamieszanie i ostateczne fiasko wyborów korespondencyjnych obarczał ówczesną opozycję, zarzucając jej "obstrukcję".
Słowa prezesa PiS nie pozostawiają złudzeń. Dla jednych afera kopertowa to dowód na przekraczanie uprawnień przez władzę. Dla drugich – polityczna nagonka i "hucpa" nowej ekipy. Jedno jest pewne: cztery godziny w prokuraturze to dopiero początek, a nie koniec tej historii.