Zamiast pokornie wejść na przesłuchanie w sprawie "wyborów kopertowych", Jarosław Kaczyński urządził przed prokuraturą prawdziwy polityczny teatr. W świetle kamer rzucił potężne oskarżenia w stronę rządu, mówiąc o "ciężkich przestępstwach" i "operacji", która ma zniszczyć jego obóz. To nie było stawiennictwo świadka – to była otwarta wojna, a prokuratura stała się jej kolejną sceną.
"Nie doszło do żadnych przestępstw". Kaczyński przeszedł do kontrataku
Gdy limuzyna z prezesem PiS podjechała pod budynek prokuratury, nikt nie spodziewał się, że zamiast szybkiego wejścia do środka, zobaczy polityczny manifest. Jarosław Kaczyński, otoczony przez dziennikarzy, od razu ustawił się w roli ofiary, która sama oskarża. Bez wahania nazwał całe śledztwo polityczną operacją wymierzoną w jego formację, której jedynym celem jest stworzenie fałszywego wrażenia, że za rządów PiS dochodziło do łamania prawa.
To jest element operacji, która, mam nadzieję, będzie kiedyś rozliczana przez sądy, która zmierza do tego, żeby stworzyć pozory, że doszło za naszych rządów do jakichś przestępstw. Nie doszło do przestępstw, przestępstwa popełnia obecna władza i to są bardzo ciężkie przestępstwa.
Swoim krótkim, ale niezwykle mocnym wystąpieniem, Kaczyński odwrócił role. To nie on miał się tłumaczyć, to on oskarżał, zapowiadając przyszłe rozliczenia. Wyzywająca postawa i pewność siebie pokazały, że dla lidera opozycji to nie jest sprawa karna, lecz kolejna bitwa w politycznej wojnie totalnej.
AKPA
70 milionów złotych w niszczarce. O co chodzi w aferze "wyborów kopertowych"?
Ponad 70 milionów złotych publicznych pieniędzy wydanych na pakiety wyborcze, które ostatecznie trafiły prosto do niszczarki. To właśnie sedno afery, w sprawie której zeznawał prezes PiS. Wiosną 2020 roku, w środku pandemicznego chaosu, rząd Zjednoczonej Prawicy wpadł na pomysł, by wybory prezydenckie przeprowadzić wyłącznie listownie, aby uniknąć kolejek do urn.
Problem w tym, że premier Mateusz Morawiecki kazał Poczcie Polskiej i Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych drukować karty i przygotowywać pakiety, chociaż ustawa, która miała na to pozwolić, jeszcze nie obowiązywała. To był prawny slalom gigant, który zakończył się spektakularną klapą. Wybory 10 maja 2020 roku się nie odbyły, a pieniądze podatników poszły z dymem. To właśnie tę polityczno-prawną układankę próbuje teraz rozwikłać prokuratura.
Morawiecki już z zarzutami. Kaczyński gra o wszystko?
Na pierwszej linii frontu tego śledztwa stoi już były premier Mateusz Morawiecki, który w lutym usłyszał zarzuty przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków. On sam bronił swoich decyzji, przekonując, że w obliczu pandemii i konstytucyjnego obowiązku przeprowadzenia wyborów działał w stanie wyższej konieczności.
Żadnej decyzji wtedy podjętej nie tylko się nie obawiam, ale nawet nie wstydzę się jej. Trzeba było wtedy podejmować szybkie decyzje dla ratowania Polski, państwa, rodzin, miejsc [pracy], naszej wspólnej przyszłości.
Wezwanie Jarosława Kaczyńskiego, nieformalnego lidera tamtego obozu władzy, jest dla śledczych kluczowe. Prokuratorzy chcą ustalić, kto faktycznie podejmował decyzje polityczne, które pchnęły premiera do działania na granicy prawa. Pytanie brzmi: czy zeznania Kaczyńskiego mają obronić byłego premiera, czy może pogrążyć go, by ratować siebie? Ta polityczna gra dopiero się zaczyna.
W tle afera Pegasusa i polityczna wojna
Wystąpienie prezesa PiS przed prokuraturą to tylko jeden z frontów otwartej wojny politycznej. Tego samego dnia media obiegła informacja, że córka premiera Donalda Tuska, Katarzyna Tusk-Cudna, uzyskała status pokrzywdzonej w śledztwie dotyczącym afery Pegasusa. Zapytany o to przez dziennikarzy, Jarosław Kaczyński rzucił tylko krótkie "Bzdury", po czym zignorował temat.
Ten drobny incydent doskonale pokazał, że bitwa o "wybory kopertowe" to element znacznie większej i brutalniejszej rozgrywki, w której każda ze stron wyciąga najcięższe działa, a prokuratura staje się polem bitwy.