Donald Trump, prezydent USA, wykonał ruch, który wprawia w osłupienie. W czasie, gdy nad Polską latały drony wystrzelone częściowo z terytorium jego sojusznika, wysłał do dyktatora Aleksandra Łukaszenki list pełen ciepłych słów. To jednak nie gratulacje dla białoruskiej tenisistki, a jeden szczegół na samym końcu listu wywołał prawdziwy skandal dyplomatyczny – podpis, który mówi więcej niż tysiąc oficjalnych oświadczeń.
"Drogi Panie Łukaszenka..." Trump pisze jak do przyjaciela
Sceneria jak z politycznego thrillera: do pałacu ostatniego dyktatora Europy w Mińsku przybywa specjalny wysłannik prezydenta USA, John Cole. Nie przywozi jednak noty protestacyjnej, a... ciepły, niemal prywatny list. Treść, ujawniona przez reżimową agencję Biełta, jest zdumiewająca. Donald Trump i jego żona Melania Trump składają Aleksandrowi Łukaszence serdeczne życzenia urodzinowe, gratulują sukcesu tenisistki Aryny Sabalenki na US Open i zapewniają o modlitwie:
Drogi Panie Łukaszenka, Melania dołącza do mnie, przesyłając najlepsze życzenia z okazji pańskich urodzin. (...) Patrząc w nadchodzący nowy rok, modlimy się o pańskie zdrowie i samopoczucie, a także o dalszy postęp Białorusi w kierunku naszych wspólnych celów w imieniu Stanów Zjednoczonych i narodu białoruskiego. Z wyrazami szacunku, Donald
Największy szok wywołał jednak podpis. Jak z dumą podkreślił wysłannik John Cole, prezydent USA bardzo rzadko decyduje się na taki krok. Poufałe "Donald" miało być dowodem wyjątkowej bliskości. W świecie dyplomacji, gdzie liczy się każdy przecinek, taki gest to jawny sygnał braterstwa. Jakby tego było mało, Łukaszenka dostał w prezencie spinki do mankietów z wizerunkiem Białego Domu – symbol władzy, której oficjalnie Waszyngton mu odmawia.
Co Trump dostał w zamian? Uwolniono 52 więźniów, w tym Polaków
Ten "gest przyjaźni" miał jednak swoją cenę – i to wymierną. Tuż po wizycie amerykańskiej delegacji świat obiegła informacja, że reżim Łukaszenki wypuścił z więzień 52 osoby uznawane za więźniów politycznych. Jak potwierdził prezydent Litwy Gitanas Nauseda, uwolnieni, wśród których było dwóch Polaków, są już bezpieczni na terytorium Litwy. Czy ciepły list do dyktatora był zapłatą za ludzkie życie? To pytanie pozostaje otwarte, ale pokazuje, że za kulisami toczyła się twarda gra.
Słodkie słowa i brutalna prawda. W tle atak na Polskę
Ten przyjacielski teatr odbywał się w cieniu prawdziwej wojny. Zaledwie kilka godzin wcześniej, w nocy z 9 na 10 września, polskie niebo rozświetliły eksplozje. Zmasowany atak rosyjskich dronów postawił na nogi całą obronę powietrzną kraju. Kluczowy fakt, potwierdzony przez NATO, mrozi krew w żyłach: część maszyn wystartowała z lotnisk na Białorusi. W czasie, gdy reżim Łukaszenki pomagał atakować sojusznika USA, prezydent Donald Trump "modlił się o jego zdrowie". To nie dyplomacja, to policzek wymierzony Polsce.
Gra pozorów czy dyplomatyczny chaos?
Cała ta sytuacja wygląda jak scena z absurdalnej komedii, gdyby nie fakt, że stawką jest bezpieczeństwo Europy. Oficjalnie administracja Donalda Trumpa nie uznaje Łukaszenki za prezydenta. Jak więc rozumieć prywatne liściki do dyktatora, podpisane poufale "Donald"? Czy to wyrafinowana gra, której zasad nie rozumiemy, czy po prostu chaos i hipokryzja, które podważają wiarygodność największego mocarstwa świata? Odpowiedzi na to pytanie boi się dziś cała wschodnia flanka NATO.