Afera na setki milionów złotych, która zatrzęsła Rządową Agencją Rezerw Strategicznych, zacieśnia podejrzenia wokół byłego premiera. Jak wynika z ustaleń śledczych, Mateusz Morawiecki i jego najbliżsi ludzie mogą wkrótce stanąć przed prokuratorem. Kluczowe pytanie nie brzmi już "czy", ale "w jakim charakterze" – świadka, który nic nie wiedział, czy podejrzanego o niedopełnienie obowiązków.
Setki milionów, zaufani ludzie i nadzór premiera. Jak działała maszynka RARS
Wszystko zaczęło się, gdy Polska walczyła z pandemią, a potem rzuciła się na pomoc Ukrainie. Właśnie wtedy Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych (RARS) stała się maszynką do wydawania publicznych pieniędzy. Według ustaleń prokuratury i CBA, setki milionów złotych płynęły szerokim strumieniem do "zaprzyjaźnionych firm", często bez analiz rynku, przetargów i z pominięciem jakichkolwiek procedur.
Nie byłoby w tym może nic aż tak zaskakującego, gdyby nie jeden kluczowy fakt. Za rządów Mateusza Morawieckiego agencja została wyjęta spod kontroli ministerstw i trafiła pod jego bezpośredni, osobisty nadzór. Na jej czele stanął Michał Kuczmierowski, jeden z najbardziej zaufanych ludzi premiera. RARS stała się swego rodzaju państwem w państwie, a jej szef odpowiadał już tylko przed jednym człowiekiem.
facebook.com/MorawieckiPL
Odzież patriotyczna i agregaty ze złota. Jak zarabiano na kryzysie
Głównym bohaterem finansowej części tej opowieści jest Paweł Szopa, twórca marki odzieżowej Red is Bad. Marka Red is Bad zyskała popularność po tym, jak w koszulkach tej marki publicznie pojawił się prezydent RP Andrzej Duda. Andrzej Duda w koszulce Red is Bad m.in.podróżował samolotem i chwalił się tym na Facebooku:
Facebook.com/AndrzejDuda
Jak ustalił Onet, jego firma kupiła w Chinach agregaty prądotwórcze za 69 milionów złotych, by chwilę później odsprzedać je państwowej agencji za… 350 milionów. To pięciokrotna przebitka, która sprawiła, że nawet doświadczeni agenci CBA przecierali oczy ze zdumienia. Wcześniej Szopa miał zarobić ponad 110 mln zł na sprzęcie covidowym.
Obok niego w śledztwie pojawia się Dominik Basior, szef kampanii wyborczej Morawieckiego z 2019 roku. Jego spółki również sprowadzały sprzęt z bajońską marżą. Dziś Basior siedzi w areszcie, a Szopa, zatrzymany na Dominikanie, poszedł na współpracę z prokuraturą i liczy na status małego świadka koronnego. I to właśnie jego zeznania rzucają na sprawę zupełnie nowe, polityczne światło. Sugerują, że nie chodziło tylko o zysk:
Z niektórych zleceń część pieniędzy przeznaczałem na wsparcie bieżących działań prawicowych w internecie. Dostałem informację, że mam dla pana prezesa Kuczmierowskiego odkładać 1 gr od jednej sztuki rękawiczek zakupionych przez RARS. Mówiono mi, że to ma pójść na cele kampanii wyborczej.
Świadek czy podejrzany? Prokuratura waży kroki
Prokuratura rozważa wezwanie Mateusza Morawieckiego, ale jak dotąd nie wysłała zaproszenia. Powód? Śledczy publicznie przyznają, że wciąż nie wiedzą, w jakim charakterze mieliby go przesłuchać. A to waga ciężka. Różnica między świadkiem a podejrzanym jest w tej sprawie kluczowa i politycznie wybuchowa:
Nie wzywa się na przesłuchanie osoby, co do której nie ma pewności, czy ma być świadkiem, czy ewentualnym podejrzanym.
Gdyby prokuratura zdecydowała się na postawienie zarzutów – nieoficjalnie mówi się o możliwym niedopełnieniu obowiązków z art. 231 k.k. – musiałaby najpierw zwrócić się do Sejmu o uchylenie immunitetu byłemu premierowi. Na razie to jednak tylko spekulacje oparte na przeciekach ze śledztwa.
Jak dosadnie skomentował to internauta:
"Wykonywał czyjeś polecenia?" Kluczowy wątek odpowiedzialności
Pracownicy RARS, przesłuchiwani przez śledczych, mieli rzucić prawdziwą b0mbę. Z ich zeznań, do których dotarł Onet, wynika, że prezes Michał Kuczmierowski przy kluczowych decyzjach był tylko wykonawcą. "Wykonywał jedynie czyjeś polecenia" – miała zeznać Justyna G., była dyrektor biura zakupów. Śledczy próbują ustalić, kim był ten "ktoś bardzo wysoko postawiony". Jak zdradził mediom bliski znajomy Kuczmierowskiego, odpowiedź wydaje się oczywista:
No narzuca się tutaj samo nazwisko Morawieckiego. I na tyle, co znam Michała, wydaje mi się to logiczne. On potrzebuje nad sobą takiego pana. Tyle że musi to być naprawdę poważny zawodnik. Ale czy Morawiecki o wszystkim wiedział? Nie wiem.
Na tym nie koniec. Paweł Szopa opowiedział śledczym o spotkaniu z Anną Wójcik, byłą szefową gabinetu premiera. Rozmowa miała dotyczyć pieniędzy na kampanię. I to nie byle jakich.
Ona pierwsza zwróciła się do mnie o pieniądze. (...) Temat tych pieniędzy był palący, ona mówiła, że są jej potrzebne na już, za chwilę […] Rozmowa o tych 5 mln na kampanię była krótka. Ona zapytała, ile zarobiłem na agregatach, po czym powiedziała, że potrzebuje 5 mln zł i ja się zgodziłem.
Ostatecznie, jak twierdzi Szopa, przekazał jej 3,5 mln zł. Anna Wójcik usłyszała zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w tej właśnie kwocie.
Co z przesłuchaniami? Oś czasu i możliwe scenariusze
Prokuratura czeka na kluczowy element układanki – ekstradycję Michała Kuczmierowskiego z Londynu. Przesłuchania Mateusza Morawieckiego, a także jego bliskich współpracowników – Michała Dworczyka i Mariusza Chłopika – mają odbyć się dopiero po jego sprowadzeniu do Polski. Problem w tym, że brytyjskie procedury mogą ciągnąć się miesiącami, a nawet latami.
Scenariusze są trzy. Wezwanie Morawieckiego jako świadka, co nie zamyka drogi do zmiany jego statusu w przyszłości. Wniosek o uchylenie immunitetu, jeśli dowody okażą się wystarczająco mocne. Albo długie oczekiwanie, które zamrozi sprawę na politycznej szachownicy do czasu, aż Kuczmierowski zacznie mówić.
"To kradzież" czy "gromadzenie zasobów"? Polityczne zaplecze afery
Czy były premier mógł nie wiedzieć o procederze, który kwitł w agencji pod jego nosem? I czy w ogóle chodziło tylko o pieniądze dla kilku sprytnych biznesmenów? Anonimowy były minister z rządu PiS, cytowany przez Onet, rzuca na sprawę cyniczne, polityczne światło. Według niego nie była to zwykła kradzież.
Czy o wyprowadzaniu środków z RARS Mateusz mógł nie wiedzieć? Wątpię [śmiech]. On doskonale wie z korporacji, że trzeba być przygotowanym na różne scenariusze. (...) W języku tzw. zwykłych ludzi ktoś powiedziałby, że to kradzież, ale chodzi o gromadzenie pewnych środków, które zapewnią później możliwość funkcjonowania, utrzymania się na politycznym rynku. Tak, chodzi oczywiście o pieniądze.
Ta wypowiedź sugeruje, że RARS mogła być częścią większego planu – budowania finansowego zaplecza na czas po utracie władzy. To teza, którą prokuratura będzie musiała udowodnić, ale która nadaje całej aferze zupełnie nowy wymiar.