To była jedna z tych niezręcznych chwil, które przechodzą do historii dyplomacji. Donald Trump, czekając na Władimira Putina na płycie lotniska na Alasce, w geście entuzjazmu zaczął bić brawo. Rosyjski przywódca, z kamienną twarzą, ostentacyjnie go zignorował, jakby nie słyszał. Ten jeden gest to coś więcej niż gafa – to brutalny pokaz siły, który stawia Wołodymyra Zełenskiego w sytuacji bez wyjścia, a cały świat wstrzymał oddech.
Jeden gest, który wstrząsnął światem. Co naprawdę wydarzyło się na Alasce?
Sceneria miała być historyczna. Mroźna Alaska, dwa supermocarstwa i szansa na zakończenie najkrwawszej wojny w Europie od dziesięcioleci. Ale zanim padły jakiekolwiek słowa, wszystko rozegrało się w mowie ciała. Gdy limuzyna Władimira Putina podjechała pod czerwony dywan, Donald Trump, najwyraźniej chcąc pokazać pozycję gospodarza i dyrygenta spotkania, zaczął klaskać. W odpowiedzi dostał lodowate milczenie. Putin, wysiadając z samochodu, rzucił mu tylko krótkie spojrzenie i ruszył przed siebie, zostawiając amerykańskiego prezydenta z rękami zawieszonymi w powietrzu.
Kamery uchwyciły wszystko: niezręczną ciszę, kamienne twarze delegacji i kpiący uśmieszek, który na sekundę przemknął po twarzy Siergieja Ławrowa. To było publiczne upokorzenie. W bezwzględnym świecie geopolityki Putin wysłał jasny sygnał: to ja tu rozdaję karty. Spotkanie jeszcze się nie zaczęło, a już było wiadomo, kto jest myśliwym, a kto zwierzyną. Generał Roman Polko podsumował to bezlitośnie:
Prezydent USA Donald Trump pokazał, że można mieć wszystkie atutowe karty w ręku, a i tak przegrać, bo nic nie ustalono. To jak w pokerze, gdzie decyduje strategia.
Jasnym jest teraz, kto tu komu rzeczywiście grozi palcem:
facebook.com
Upokorzony Trump szuka zemsty? "Teraz to zależy od Zełenskiego"
Po takim początku reszta szczytu była już tylko teatrem. Po niecałych trzech godzinach rozmów, bez żadnych konkretnych ustaleń, Donald Trump wyszedł do mediów z "przyjacielską" radą dla Kijowa. Jednak w kontekście publicznego afrontu, jego słowa zabrzmiały jak ultimatum i próba zrzucenia odpowiedzialności na ofiarę. Trump, nie mogąc zmusić do niczego Putina, postanowił przerzucić całą presję na Zełenskiego.
Trzeba zawrzeć umowę. Rosja to bardzo wielka potęga, a oni nie. To wspaniali żołnierze (Ukraińcy - red.). Teraz to naprawdę zależy od prezydenta Zełenskiego, żeby to doprowadzić do końca.
To polityczny szantaż podany w formie troski. Przekaz jest prosty: ja próbowałem, zostałem zignorowany, więc teraz ty, Wołodymyrze, podpisz cokolwiek, bym mógł ogłosić sukces. Dla Ukrainy, która od lat walczy o przetrwanie, to policzek wymierzony przez najważniejszego sojusznika. Prezydent Zełenski leci do Waszyngtonu, ale zamiast rozmawiać o wsparciu, będzie musiał bronić się przed presją.
Trzy drogi dla Zełenskiego. Każda prowadzi nad przepaść
Prezydent Ukrainy znalazł się w pułapce. Każdy jego ruch może skończyć się katastrofą, a na stole leżą trzy dramatyczne opcje.
"Uderzyć pięścią w stół" – to pierwsza możliwość. Zełenski mógłby publicznie potępić postawę Trumpa, nazwać szczyt porażką i zażądać od Waszyngtonu jasnych deklaracji. Pokazałby siłę i uspokoił opinię publiczną w kraju, ale zaryzykowałby otwarty konflikt z nieprzewidywalnym i upokorzonym prezydentem USA. W obecnej sytuacji to polityczne samobójstwo.
"Grać na czas i liczyć na cud" – druga, bardziej prawdopodobna ścieżka. Cicha dyplomacja, dyskretne rozmowy z europejskimi liderami, takimi jak Donald Tusk, i próba przekonania Amerykanów, że ustępstwa wobec Putina to błąd. To bezpieczniejsza gra, ale może zostać odebrana jako słabość i przyzwolenie na to, by los Ukrainy był ustalany ponad jej głową.
"Przemilczeć i przełknąć gorycz" – to ostatnia, najbardziej bolesna opcja. Zełenski może udać, że nic się nie stało, polecieć do Waszyngtonu, uśmiechać się do kamer i dziękować Trumpowi za jego "wysiłki". Uniknąłby eskalacji, ale oddałby pole propagandzie Kremla, która już teraz przedstawia incydent na Alasce jako absolutne zwycięstwo Putina i kompromitację Zachodu.
Internet nie ma litości. "Sprzedali Ukrainę za oklaski"
Podczas gdy dyplomaci ważyli słowa, internet eksplodował. Eksperci i politycy nie pozostawili na szczycie suchej nitki. Były doradca Donalda Trumpa, John Bolton, ostrzegł, że zawieszenie broni stanie się de facto nową granicą, a Kaja Kallas, szefowa unijnej dyplomacji, stwierdziła wprost, że "agresor nie może zostać nagrodzony za agresję". Jednak to komentarze zwykłych ludzi najlepiej oddają skalę frustracji.
Sieć zalała fala goryczy i wściekłości. "Trump się skompromitował, a rachunek zapłaci Kijów" – pisał jeden z internautów. "Putin go ograł jak dziecko, a teraz Zełenski ma się z nim dogadywać? To jakiś żart" – dodawał inny. Polacy nie przebierali w słowach: "Jedno klaskanie i nagle Ukraina jest 'mała'? Wstyd!", "Sprzedali kraj za parę oklasków, których i tak nikt nie usłyszał".
To bolesna prawda o świecie, w którym jedno upokorzenie na szczycie może kosztować przyszłość całego narodu. A Zełenski? On musi teraz zagrać w tę grę, w której wszystkie karty są znaczone.
Poniżej w galerii kilka memów opisujących sytuację - zaledwie "kilka", bo są one raczej gorzkie niż śmieszne.