Wydawało się, że w relacjach z Berlinem Donald Tusk będzie grał w białych rękawiczkach. Nic z tego. Premier niespodziewanie tupnął nogą i zamknął granicę dla migrantów odsyłanych przez Niemcy. To koniec samowolki i początek twardej gry, w której Polska nie zamierza być chłopcem do bicia.
Koniec z przepychaniem migrantów. Polska stawia twarde warunki
Cierpliwość polskiego rządu się wyczerpała. Bezpośrednią przyczyną decyzji były jednostronne działania Niemiec, które próbowały odsyłać migrantów na polską stronę. Donald Tusk nie zamierzał dłużej tolerować takiej praktyki i poinformował o tym kanclerza Niemiec. Jak widać, rozmowy nie przyniosły skutku, więc Polska przeszła do czynów, a liczby z pierwszego dnia mówią same za siebie.
- Granica z Niemcami: skontrolowano 4400 osób i prawie 700 pojazdów.
- Granica z Litwą: skontrolowano 7900 osób i 4100 samochodów.
Teraz Polska stawia twarde warunki. Do kraju od strony Niemiec będą wpuszczane tylko osoby z kompletem dokumentów. Premier Tusk ujął to bez ogródek: "Ale nie, że tak po prostu, bezpodstawnie, ktoś z Niemiec będzie przepychany do Polski. To się definitywnie skończyło".
Tusk stawia ultimatum: Wasze kontrole, to i nasze kontrole
Decyzja o przywróceniu kontroli to symetryczna odpowiedź na ruchy Berlina, który swoje kontrole utrzymuje od jesieni 2023 roku. Logika Warszawy jest prosta: skoro wy kontrolujecie, to my też będziemy. Premier Tusk postawił sprawę jasno, uzależniając polskie działania od postawy Niemiec.
To polityka "oko za oko", która ma dać Berlinowi do myślenia. Najważniejsze słowa premiera nie pozostawiają wątpliwości co do nowej, twardej linii rządu.
Do Polski będą wpuszczani wyłącznie ludzie, którzy mają do tego prawo i za zgodą państwa polskiego. Już w ogóle się skończyła ta epoka pełnej otwartości, nie z naszej winy, ale będziemy tutaj prowadzili politykę bardzo twardą, także z naszym sąsiadem niemieckim.
Tymczasowa kontrola graniczna ma potrwać na razie do 5 sierpnia, ale z możliwością przedłużenia. W operację zaangażowano Straż Graniczną, Żandarmerię Wojskową i policję, które prowadzą wyrywkowe kontrole w 52 punktach na granicy z Niemcami.
Berlin w szoku. Takiej odpowiedzi się nie spodziewali
Asertywna postawa polskiego rządu wywołała za Odrą prawdziwy szok. Choć kanclerz Friedrich Merz zapewnia o "bliskiej współpracy", niemieckie media łapią się za głowy. Viktoria Grossman z Süddeutsche Zeitung nazwała ruch Polski wprost "głupim i prowokującym ruchem".
Pojawiają się też głosy, że Tusk musiał zareagować, bo znalazł się pod presją wewnętrznej opozycji i nie mógł dłużej ignorować "efektu domina", którym Berlin próbuje przerzucić problem migracji na innych. Zaniepokojenie wyraża nawet niemiecki biznes, obawiając się strat gospodarczych.
Jedno jest pewne: miodowy miesiąc w relacjach polsko-niemieckich właśnie się skończył. Na granicy zaczyna się prawdziwa gra nerwów, w której Donald Tusk pokazał, że nie zawaha się użyć twardych argumentów.