We wtorek 20 stycznia 2026 roku o godzinie 16:55, na chwilę przed zamknięciem urzędów, do Pałacu Prezydenckiego wpłynęło pismo, na które czekał Karol Nawrocki. Ale zamiast zielonego światła na polityczny podbój Davos u boku Donalda Trumpa, prezydent otrzymał biurokratyczny chłód. Resort dyplomacji zagrał na czas i na przepisy, wysyłając dokument, który de facto wiąże głowie państwa ręce. Opina była na tyle ogólnikowa, że prezydent nie miał z niej żadnego pożytku w rozmowach z Amerykanami, a gra o miliard dolarów z polskiego budżetu stała się jeszcze bardziej ryzykowna.
Taktyka na przeczekanie. MSZ: "Nie wychodzić przed szereg"
Resort kierowany przez Radosława Sikorskiego przyjął taktykę faktów dokonanych. Rzecznik MSZ Maciej Wewiór poinformował lakonicznie o przekazaniu opinii, ale jej treść była dla Pałacu Prezydenckiego rozczarowaniem. Pismo było zwięzłe i w praktyce niczego nie przesądzało. Zamiast strategicznej analizy, Karol Nawrocki otrzymał przypomnienie o artykule 6 ustawy o umowach międzynarodowych. Przekaz był jasny: bez uchwały rządu, prezydent w Davos może jedynie się uśmiechać, ale nie może niczego podpisać.
Dla Karola Nawrockiego to sytuacja patowa. Prezydent chciał mieć w ręku "papier", który albo pozwoliłby mu działać, albo dałby podstawę do obarczenia rządu winą za odmowę Trumpowi. Nie dostał ani jednego, ani drugiego. W kuluarach MSZ panuje przekonanie, że pośpiech jest najgorszym doradcą.
Dalej stoimy na stanowisku, że nie ma co wychodzić w tej sprawie przed szereg, a Karol Nawrocki nie powinien składać tu żadnych wiążących deklaracji. Oczekujemy za to, że prezydent pozyska więcej szczegółów na temat planowanej przez Donalda Trumpa inicjatywy, co pomoże w podjęciu decyzji
— mówi wp.pl anonimowo jeden z urzędników resortu dyplomacji.

CZYTAJ TAKŻE: Grenlandia albo mundial? Dania i Niemcy mówią o bojkocie mistrzostw. Czy Polacy pojawią się w USA?
Deweloperzy, miliard dolarów i rozbiór Ukrainy
Czym właściwie jest Rada Pokoju, do której bilet wstępu kosztuje miliard dolarów (ok. 3,6 mld zł)? To projekt, który ma więcej wspólnego z biznesem niż klasyczną dyplomacją. Za kulisami inicjatywy stoją ludzie tacy jak Jared Kushner czy Steve Witkoff – biznesowi partnerzy Trumpa i deweloperzy, a nie dyplomaci. To nadaje całej inicjatywie specyficzny, transakcyjny charakter, w którym miejsca przy stole kupuje się jak loże na stadionie.
Szczegóły polityczne są jeszcze bardziej niepokojące. W tle majaczy "28-punktowy plan pokojowy" dla Ukrainy, w którego przygotowaniu brał udział Steve Witkoff. Zakłada on m.in. uznanie aneksji Krymu i Donbasu przez Rosję oraz drastyczne ograniczenie liczebności ukraińskiej armii. Polska, wchodząc do Rady, musiałaby legitymizować te ustalenia, siedząc przy jednym stole z Władimirem Putinem i Aleksandrem Łukaszenką.
Co ciekawe, nie wszyscy zamierzają płacić haracz. Kanada wyraziła wstępne zainteresowanie dołączeniem do inicjatywy, ale z zastrzeżeniem, które w kręgach dyplomatycznych wywołało uśmiech politowania – Ottawa chce być w Radzie, ale "nie zamierza płacić za członkostwo".

CZYTAJ TAKŻE: Trump chce Grenlandii, bo... nie dostał Nobla. Wypłynął kuriozalny list: "Nie muszę już myśleć o pokoju"
Ekspert: "Trump działa jak sprzedawca garnków"
Presja jest jednak potężna. Biały Dom chwali się, że już 35 z 60 zaproszonych przywódców przyjęło ofertę. Donald Trump, który zagroził Francji 200-procentowymi cłami za odmowę, stosuje techniki negocjacyjne rodem z agresywnego marketingu. Bezlitośnie punktuje to dla Wirtualnej Polski Jerzy Marek Nowakowski, były ambasador RP.
Trump działa jak sprzedawca garnków: ogłasza, że decyzja musi być natychmiastowa, bo on chce spotkać się z Radą w Davos, właściwie jutro czy pojutrze.
Ekspert ostrzega, że wchodzimy na pole minowe. To powrót do czasów koncertu mocarstw, gdzie mniejsze państwa są tylko tłem. "Uważam, że to jest piekielnie niebezpieczne" – dodaje Nowakowski, wskazując, że amerykańska administracja próbuje zbudować prywatną alternatywę dla ONZ, z Trumpem jako dożywotnim prezesem posiadającym prawo weta.
Klub dyktatorów za nasze pieniądze?
Premier Donald Tusk stawia sprawę na ostrzu noża, deklarując: "Nikomu nie damy się rozegrać". Rząd nie zamierza w ciemno żyrować pomysłów, które mogą zburzyć architekturę bezpieczeństwa w Europie. Opinia publiczna również nie kryje oburzenia – perspektywa płacenia miliarda dolarów za możliwość zasiadania w "klubie dyktatorów" obok agresorów ze Wschodu budzi sprzeciw.
Zwolennicy sojuszu z USA pytają jednak o cenę odmowy. Czy stać nas na gniew Trumpa? Jerzy Marek Nowakowski studzi te emocje, zadając kluczowe pytanie o realną wartość amerykańskich gwarancji w nowym rozdaniu:
Straszenie tym, że Polska "wypadnie z orbity USA" czy że wojska amerykańskie się wycofają, to już czyste szaleństwo. Odwróciłbym pytanie: jaką mamy gwarancję, że te wojska będą nas bronić, jeśli Trump nagle uzna, że mu się to nie opłaca?