40 lat temu Zbigniew Religa przeprowadził w Zabrzu pierwszy udany przeszczep serca w Polsce

40 lat temu Zbigniew Religa przeprowadził w Zabrzu pierwszy udany przeszczep serca w Polsce

40 lat temu Zbigniew Religa przeprowadził w Zabrzu pierwszy udany przeszczep serca w Polsce

Pacjent przeżył zaledwie dwa miesiące, a mimo to cała Polska mówiła o cudzie. Dokładnie 40 lat temu Zbigniew Religa postawił wszystko na jedną kartę i wbrew logice, systemowi i strachowi przeprowadził pierwszy udany przeszczep serca. To był początek rewolucji, która wydarzyła się w kraju, gdzie nie było prawie niczego.

Reklama

Cały kraj przeciwko niemu. To nie miało prawa się udać

Polska lat 80. to kraj, gdzie w sklepach był głównie ocet, a w szpitalach brakowało nawet strzykawek. A Zbigniew Religa chciał przeszczepiać serca. Po powrocie ze stażu w USA przywiózł ze sobą know-how i marzenia, które w zderzeniu z rzeczywistością PRL-u brzmiały jak kiepski żart. Jak wspomina obecny dyrektor zabrzańskiego ośrodka, prof. Piotr Przybyłowski:

To czas tuż po stanie wojennym – praktycznie niczego nie było. Nagle dokonano przeszczepienia serca.

Jednak sprzęt to był najmniejszy problem. Gorsza była ściana w ludzkich głowach. Przeszczep serca? Dla wielu brzmiało to jak herezja albo scenariusz z taniego horroru, a nie postęp medycyny. Nawet koledzy po fachu pukali się w czoło. W tamtych czasach nikt nie myślał o śmierci mózgowej jako o końcu życia, a pomysł wycięcia komuś serca i wstawienia go innej osobie był czystym szaleństwem.

Reklama

Serce przestało bić, a Polska wstrzymała oddech. Religa grał o wszystko

Nadszedł 5 listopada 1985 roku. Na sali operacyjnej w Zabrzu atmosfera była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Obok Religi stał jego zespół, w tym przyszli giganci polskiej medycyny, Marian Zembala i Andrzej Bochenek. Wszyscy wiedzieli, że to nie jest zwykła operacja. To był mecz o wszystko – o życie pacjenta, o przyszłość polskiej transplantologii i o udowodnienie wszystkim niedowiarkom, że się da.

Sam Zbigniew Religa szacował szanse na zaledwie 50 procent. Brakowało personelu, doświadczenia, a presja była niewyobrażalna. Kiedy serce dawcy zaczęło bić w piersi biorcy, na sali operacyjnej nie było słychać okrzyków radości, tylko odgłos ulgi. Udało się. W kraju absurdu i beznadziei jeden człowiek właśnie dokonał cudu.

Reklama

Zespół operacyjny Zbigniewa Religi w czasie pierwszego polskiego przeszczepu serca facebook.com/poltransplant

Reklama

Czytaj także: Hołdys leży w szpitalu, a tu taka wizyta. Gdy ksiądz zapytał o komunię, muzyk nie wahał się ani chwili!

Reklama

Dwa miesiące nowego życia i śmierć. Dlaczego operację uznano za przełom?

Pacjent zmarł po dwóch miesiącach na sepsę. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak porażka, ale wtedy było to gigantyczne zwycięstwo. Te dwa miesiące były bezcennym dowodem na to, że przeszczep serca w Polsce jest w ogóle wykonalny. Zbigniew Religa nie walczył tylko o jedno życie – on otwierał drzwi dla tysięcy kolejnych pacjentów.

Reklama

To wydarzenie, jak mówi prof. Piotr Przybyłowski, było kamieniem węgielnym pod budowę nowoczesnej kardiochirurgii.

Pierwszy udany przeszczep serca otworzył nowy rozdział w historii polskiej medycyny. Z metody eksperymentalnej stał się zabiegiem rutynowym w każdym zaawansowanym ośrodku.

Ta operacja zmieniła myślenie i dała nadzieję. Pokazała, że nawet w najtrudniejszych warunkach można przesuwać granice niemożliwego.

Zdjęcie-ikona i spuścizna, która przetrwała

Dwa lata później, w 1987 roku, świat obiegła fotografia Jamesa Stanfielda dla "National Geographic". Zdjęcie stało się symbolem. Widać na nim skrajnie wyczerpanego Religę, który po kolejnej morderczej operacji wpatruje się w aparaturę medyczną, monitorując stan pacjenta. W kącie, na podłodze, śpi jego asystent. Ten obraz to kwintesencja poświęcenia i determinacji, która zdefiniowała tamten zespół.

Dziedzictwo Religi w Zabrzu trwa do dziś. W ciągu 40 lat wykonano tam ponad 1100 przeszczepów. Nowe serce dostał zarówno siedmiotygodniowy noworodek, jak i pacjent po siedemdziesiątce. Śląskie Centrum Chorób Serca stało się potęgą, która ratuje życie w sposób, o jakim 40 lat temu nikomu się nawet nie śniło.

Jeden polityk cofnął nas o lata. "Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie"

Kiedy wydawało się, że polska transplantologia pędzi do przodu, nagle zderzyła się ze ścianą. W lutym 2007 r. ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na konferencji po zatrzymaniu kardiochirurga Mirosława G. ogłosił nawet zarzut "zabójstwa w zamiarze ewentualnym" (łącznie mówiono o kilkudziesięciu zarzutach) i wypowiedział słowa:

Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.

Później sądy nakazały Ziobrze przeprosiny (2008), a finał karny był dalece skromniejszy: w 2013 r. dr G. dostał rok w zawieszeniu i grzywnę za przyjęcie ok. 17,5 tys. zł; od 23 zarzutów został uniewinniony.

Te słowa ministra Ziobry zadziałały jak trucizna. W społeczeństwie zapanował strach i nieufność wobec lekarzy. Ludzie bali się, że transplantolodzy to "łowcy skór", którzy czyhają na organy ich bliskich. Efekt był natychmiastowy i katastrofalny. Jak wspomina Klaudiusz Komór, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej:

Jesteśmy nie tak daleko, jak powinniśmy być, gdyby nie wydarzenia polityczne, które cofnęły polską transplantologię o kilka lat. (...) Potem się zatrzymaliśmy. Głównie dlatego, że rodziny i pacjenci protestowali przeciwko oddawaniu narządów do przeszczepu.

Jedna konferencja prasowa zniszczyła zaufanie budowane przez dwie dekady i sprawiła, że na listach oczekujących na przeszczep zaczęło umierać jeszcze więcej osób.

Jak gorzko podsumowuje dr Komór, "polska transplantologia jest teraz liczącą się gałęzią, ale gdyby nie tamte wydarzenia pewnie bylibyśmy dużo dalej". Mimo wszystko walka o każde życie trwa, a jej fundamentem pozostaje prosta prawda, o której warto pamiętać: "Każdy z nas musi sobie zdawać sprawę, że może uratować życie nawet po swojej śmierci".

Doda walczy o zdrowie. Z opalania jednak nie zrezygnuje - Doda na początku kariery.
Źródło: AKPA
Reklama
Reklama