Dyplomatyczne rękawice zostały rzucone. Radosław Sikorski publicznie ostrzegł Władimira P.tina przed podróżą do Budapesztu, a reakcja Kremla była natychmiastowa i wściekła. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow oskarżył Polskę o gotowość do przeprowadzenia "aktu terrorystycznego", rozpalając konflikt do czerwoności.
Sikorski stawia sprawę jasno. Putin może nie dolecieć do Budapesztu
Szef polskiej dyplomacji, Radosław Sikorski, postawił sprawę na ostrzu noża. W rozmowie na antenie Radia Rodzina, zapytany o hipotetyczny lot Putina na Węgry przez polską przestrzeń powietrzną, wysłał Kremlowi lodowaty sygnał. Polski minister stwierdził, że władze w Warszawie nie mogą niczego obiecać w kwestii bezpieczeństwa rosyjskiego dyktatora.
To był dyplomatyczny majstersztyk. Zamiast pustych gróźb, Sikorski posłużył się siłą prawa, pokazując Rosji, że jej przywódca nie jest bezkarny. Wypowiedź ta, choć dotyczyła teoretycznej sytuacji, była jednoznacznym ostrzeżeniem w związku z planowanym przez Viktora Orbána szczytem Donald Trump – Władimir Putin w Budapeszcie.
Nie jesteśmy w stanie zagwarantować, że niezawisły sąd nie nakaże rządowi zatrzymać takiego samolotu, w celu doprowadzenia podejrzanego do trybunału w Hadze.
Aresztować dyktatora w locie? O co w tym wszystkim chodzi
Słowa Sikorskiego to nie polityczna fantazja, a twarde stąpanie po gruncie prawa międzynarodowego. Od marca 2023 roku za Władimirem Putinem wystawiony jest międzynarodowy nakaz aresztowania przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. Dyktator jest podejrzewany o zbrodnie wojenne, w tym o przymusowe przesiedlenia i deportacje ukraińskich dzieci.
Polska, jako sygnatariusz Statutu Rzymskiego, ma prawny obowiązek zatrzymania ściganej osoby, jeśli ta znajdzie się na jej terytorium. Co więcej, immunitet głowy państwa w tym przypadku nie obowiązuje. Sikorski przypomniał więc Moskwie o prostym fakcie: wjazd do polskiej przestrzeni powietrznej mógłby zakończyć się dla Putina przymusowym lądowaniem w Warszawie i biletem w jedną stronę do Hagi. Cała sytuacja jest tym bardziej absurdalna, że przestrzeń powietrzna UE i tak jest zamknięta dla rosyjskich samolotów.

Kreml odpowiada furią. Ławrow oskarża o terroryzm i wyciąga Nord Stream
Na odpowiedź Moskwy nie trzeba było długo czekać. Spokojna, prawnicza argumentacja Sikorskiego wywołała na Kremlu atak furii. Szef rosyjskiej dyplomacji, Siergiej Ławrow, postanowił nie bawić się w subtelności i oskarżył Polskę o planowanie zamachu. Jego zdaniem słowa polskiego ministra to nic innego jak groźba i zapowiedź porwania samolotu z prezydentem na pokładzie.
Polacy są teraz gotowi sami dokonać aktów terrorystycznych. Słyszałem, jak pan Sikorski groził, że bezpieczeństwo samolotu prezydenta Putina w polskiej przestrzeni powietrznej, jeśli zostanie on wysłany do Budapesztu na proponowany szczyt z Trumpem, nie będzie zagwarantowane.
Próbując odwrócić uwagę, Ławrow sięgnął po typową dla rosyjskiej dyplomacji taktykę "whataboutismu". Przywołał decyzję polskiego sądu, który sprzeciwił się wydaniu Niemcom Wołodymyra Żurawlowa, podejrzanego o wysadzenie gazociągu Nord Stream, nazywając oba przypadki "bardzo wymownymi". To klasyczna próba zrównania egzekwowania prawa międzynarodowego z kontrowersyjną sprawą kryminalną.

Sikorski uderza też w Węgry. "Budzi nie tylko niesmak"
Polski minister nie oszczędził również gospodarza niedoszłego szczytu. Radosław Sikorski wbił szpilę premierowi Węgier, Viktorowi Orbánowi, którego polityka od dawna budzi w Europie kontrowersje. Szef MSZ bez ogródek skrytykował sam pomysł zapraszania do kraju UE osoby ściganej za zbrodnie wojenne, wskazując na dwuznaczną pozycję Budapesztu na arenie międzynarodowej.
Słowa te wpisują się w długą listę zastrzeżeń wobec węgierskiego rządu, który regularnie blokuje unijną pomoc dla Ukrainy i prowadzi interesy z Rosją. Sikorski jasno dał do zrozumienia, że działania Orbána podważają jedność Zachodu.
To, że członek UE, zobowiązany przez Międzynarodowy Trybunał Karny, zaprasza do siebie prezydenta Rosji, budzi nie tylko niesmak, ale pokazuje też, że Węgry stawiają się nie jako część Zachodu, ale pomiędzy Zachodem i Rosją.
A co ze szczytem? Kreml studzi zapał Trumpa
Cała dyplomatyczna burza może się jednak okazać walką o pietruszkę, bo losy samego szczytu w Budapeszcie wiszą na włosku. Chociaż Donald Trump ogłosił porozumienie w sprawie spotkania, Kreml szybko ostudził jego zapał, dając do zrozumienia, że nic nie jest przesądzone. Rzecznik Dmitrij Pieskow stwierdził, że takie wydarzenie wymaga "poważnych przygotowań".
Jeszcze dosadniej wyraził się wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow, który rzucił krótko, że "nie da się przełożyć czegoś, co do czego nie było porozumienia". Wygląda na to, że Moskwa bawi się z amerykańskim prezydentem w kotka i myszkę, a całe zamieszanie wokół lotu Putina może być elementem szerszej, dyplomatycznej gry.
Europa reaguje. "W Europie nie ma miejsca dla zbrodniarzy wojennych"
Stanowisko Polski w sprawie ewentualnego zatrzymania Putina nie jest w Europie odosobnione. Propozycja zorganizowania szczytu w Budapeszcie wywołała oburzenie w wielu stolicach. Najostrzej zareagowała Litwa, której minister spraw zagranicznych nie pozostawił na pomyśle Orbána suchej nitki.
Jego słowa pokazują, że w tej części Europy cierpliwość do lawirowania i prób normalizacji stosunków z reżimem odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne dawno się skończyła. Jak dosadnie stwierdził litewski polityk, "w Europie nie ma miejsca dla zbrodniarzy wojennych". I trudno o lepsze podsumowanie całej sprawy.