Aż poleciały wióry. Donald Tusk w bezpardonowym ataku publicznie zmiażdżył Szymona Hołownię, używając słów, które trudno uznać za delikatne czy dyplomatyczne. Premier przyznał, że na myśl o nocnych schadzkach marszałka z Jarosławem Kaczyńskim robi mu się niedobrze, a polityczne gierki Hołowni mogą sprawić, że ten wyjdzie na "skończonego frajera". To już nie są przepychanki w koalicji. To otwarta wojna na szczycie władzy, a rękawice zostały rzucone.
Tusk poczuł "lekkie mdłości". Poszło o nocne spotkanie z Kaczyńskim
Premier Donald Tusk rzadko udziela tak długich i otwartych wywiadów. Tym razem w głośnym podcaście WojewódzkiKędzierski premier nie bawił się w dyplomację. Kiedy prowadzący poruszyli temat, który od miesięcy elektryzuje opinię publiczną, Tusk nie powstrzymywał się ani trochę. Chodziło o tajne, nocne spotkanie Szymona Hołowni z Jarosławem Kaczyńskim w domu Adama Bielana.
Tusk nie krył obrzydzenia. Na pytanie, co poczuł, gdy dowiedział się o sekretnym spotkaniu, odpowiedział jednym, ale niezwykle wymownym słowem, które mówi wszystko:
Lekkie mdłości.
Ale to był dopiero początek. Premier bezlitośnie wypunktował to, co uważa za największy grzech Hołowni – polityczny symetryzm, który doprowadził marszałka na manowce i do nocnych rozmów z wrogiem numer jeden. Tusk wprost stwierdził, że próba bycia "pośrodku" i fraternizowania się z największym wrogiem politycznym doprowadziła do fatalnych w skutkach pokus.
Właśnie z tej symetrii zrodziły się problemy, a później takie pokusy. No bo jeśli można pójść do Bielana? Wiemy, kim on jest, gospodarz tej kolacji. Wiemy, kim był i co ma za kołnierzem. I pójść do niego w nocy i się fraternizować z Kaczyńskim, to była konsekwencja właśnie tej symetrii.

"Będę skończonym frajerem, jeśli przez to stracę większość"
Kolejny cios Tusk wymierzył w Hołownię, gdy rozmowa zeszła na temat targów o stołki w rządzie. Premier dał jasno do zrozumienia, że ma dość politycznego szantażu lidera partii Polska 2050, który w zamian za przekazanie fotela marszałka Włodzimierzowi Czarzastemu domaga się dodatkowego stanowiska wicepremiera dla Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz.
Wtedy padły słowa, które przejdą do historii tej koalicji. Tusk, nie ukrywając irytacji, rzucił prosto z mostu:
Byłbym skończonym frajerem, jakby się okazało, że przez emocje tego czy innego koalicjanta, nagle wysypie mi się większość w parlamencie.
Tym jednym zdaniem postawił Hołownię pod ścianą, pokazując, kto tu naprawdę rządzi. To jasny sygnał, że jego cierpliwość się skończyła, a dalsze przepychanki mogą mieć opłakane skutki dla całej koalicji.
Tusk jak ojciec karcący syna. "Muszę dbać, żeby się ta rodzinka nie rozsypała"
Premier nie poprzestał jednak na ostrych słowach i publicznej reprymendzie. Posunął się o krok dalej, używając osobistych porównań, które musiały zaboleć marszałka podwójnie. Tusk przedstawił siebie w roli głowy rodziny, która z trudem musi trzymać w ryzach niezdyscyplinowane i kłótliwe "dzieci".
Słowa te pokazują, jak wielka jest jego frustracja postawą niektórych koalicjantów. Premier przyznał, że często musi chować swoje prawdziwe emocje, by utrzymać jedność w rządzie.

Nawet nie wiecie, jakie czasami emocje we mnie buzują, kiedy widzę, co tam się z niektórymi dzieje. Ja to muszę wszystko głęboko chować. Ja muszę trochę jak ojciec, przepraszam za to sformułowanie, dbać o to, żeby się ta rodzinka nie rozsypała.
To było publiczne upokorzenie dla Szymona Hołowni. Tusk potraktował go protekcjonalnie, jak niedojrzałego polityka, który nie rozumie powagi sytuacji i którego trzeba pilnować niczym niesfornego syna. Dosadniej już chyba nie można było pokazać, kto w tej politycznej "rodzinie" nosi spodnie.
Hołownia sam się podłożył? Tusk bezlitośnie punktuje jego największy grzech
W całym wywiadzie premier konsekwentnie punktował to, co uważa za największą słabość polityczną Szymona Hołowni. Chodzi o "symetryzm", czyli próbę ustawienia się w pozycji neutralnego arbitra między Koalicją Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Tusk uważa taką postawę nie tylko za polityczną naiwność, ale wręcz za zagrożenie dla stabilności całego państwa.
Szef rządu zarzucił marszałkowi, że ten woli "wywoływać zastępcze spory", zamiast walczyć z PiS. Według Tuska, Hołownia nie do końca rozumie powagę sytuacji i to, że w polskiej polityce nie ma miejsca na bycie "trochę tu, trochę tam".
Tusk dał Hołowni gorzką lekcję politycznego abecadła, publicznie go upominając i dając do zrozumienia, że czas na bycie "miłym chłopcem" się skończył. Pytanie, czy marszałek odrobi tę bolesną lekcję, pozostaje otwarte. Od tego może zależeć nie tylko jego przyszłość, ale i losy całej koalicji.