Jest porozumienie w sprawie związków partnerskich, ale nikt nie strzela z korków od szampana. To, co Lewica i PSL położyły na stole, to efekt bolesnych targów i upokarzających ustępstw. Sprawdzamy, co zostało z wielkich obietnic i kto w tej politycznej grze został na lodzie.
Lata czekania i wreszcie jest przełom. Co wiemy o nowej ustawie?
Na ten moment Polki i Polacy czekali od 14 lat, odkąd pierwsze obietnice składał jeszcze Donald Tusk. Po miesiącach przepychanek Lewica i PSL ogłosiły, że mają gotowy projekt. Cała sytuacja jest jednak podszyta ironią, bo ledwie kilka tygodni temu rząd w ramach rekonstrukcji po cichu wygasił funkcję ministry ds. równości. Najwyraźniej w tej układance politycy dają jedną ręką, by drugą natychmiast coś zabrać. Mimo to Katarzyna Kotula i Władysław Kosiniak-Kamysz zapewniają, że "wypracowali dobre rozwiązanie".
Nowa ustawa ma wreszcie zakończyć absurd, w którym partnerzy przez lata żyjący razem byli dla państwa obcymi ludźmi. Koniec z upokarzającą sytuacją, gdy nie można było dowiedzieć się o stanie zdrowia ukochanej osoby w szpitalu. Projekt ma zagwarantować fundamentalne prawa: do informacji medycznej, wspólnego dziedziczenia, zwolnienia z podatku od darowizn czy przyjęcia wspólnego nazwiska. To cywilizacyjny krok, na który Polska czekała zdecydowanie za długo, grzęznąc na przedostatnim miejscu w Europie pod względem warunków życia osób LGBT+. Do tej pory powiedzenie "Polak - Węgier dwa bratanki" miało więc wymiar podwójny, o ile weźmiemy pod uwagę niechęć Victora Orbana do "tęczowej miłości":
Gorzki kompromis czy realny postęp? Co Lewica musiała oddać?
Niestety, za ten krok naprzód trzeba było zapłacić wysoką cenę. Pierwotny projekt Lewicy został brutalnie okrojony pod dyktando konserwatystów z PSL. To, co leży na stole, to efekt bolesnych ustępstw i poświęceń. Katarzyna Kotula sama przyznaje, mówiąc o "trudnym temacie", że musiała przełknąć gorzką pigułkę. Zamiast równości, dostaliśmy ochłap rzucony z pańskiego stołu.
Czego więc w ustawie nie ma? Ludowcy postawili twarde weto i wykreślili dwa kluczowe zapisy. Po pierwsze, w koszu wylądowała tzw. mała piecza, czyli możliwość opieki nad dzieckiem partnera. Po drugie, zapomnijcie o ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego – związek będzie można zawrzeć jedynie u notariusza. Jakby tego było mało, sama ustawa zmienia nazwę na "ustawę o statusie osoby najbliższej", bo słowo "związek" najwyraźniej paliło ludowców w język.
Co ciekawe, politycy PSL, którzy tak twardo walczyli o okrojenie praw dla części obywateli, w innych sprawach potrafią być żarliwymi obrońcami wolności. Urszula Pasławska niedawno martwiła się, że ograniczenie nocnej sprzedaży alkoholu uderzy w wolność obywatelską. Najwyraźniej wolność do kupna wódki po północy jest dla ludowców ważniejsza niż wolność do założenia rodziny w urzędzie.
"To kpina" kontra "historyczny krok". Politycy nie są zgodni
Politycy koalicji próbują zaklinać rzeczywistość, mówiąc o sukcesie. Urszula Pasławska przekonuje, że "jest zgoda co do zapisów", a Katarzyna Kotula zapewnia, że rozwiązanie jest "godnościowe". Jednak dla tysięcy ludzi, którzy liczyli na prawdziwą równość, ten kompromis jest jak policzek. To poczucie bycia obywatelem drugiej kategorii doskonale oddają słowa publicysty Dawida Dudko:
Jestem obywatelem tego kraju, o którym jego władze pamiętają jako o podatniku, utrzymującym ich publiczne funkcje, lecz nie jako o człowieku z pełnoprawnym wstępem do urzędu stanu cywilnego. Na niego — zdaniem kolejnych polskich rządów — ciągle nie zasłużyliśmy.
Teraz piłka po stronie prezydenta. Karol Nawrocki podpisze ustawę?
Polityczny teatr wchodzi właśnie w decydującą fazę. Szymon Hołownia zapowiedział, że Sejm zajmie się projektem lada dzień. Cała ta układanka – zmiana nazwy i rezygnacja z kluczowych zapisów – wydaje się być grą pod jednego, najważniejszego widza: prezydenta Karola Nawrockiego. To on w kampanii odrzucał "związki partnerskie", ale dopuszczał regulację "statusu osoby najbliższej".
Cały ten bolesny kompromis PSL - Lewica został skrojony tak, by dać prezydentowi pretekst do złożenia podpisu. Cała Polska patrzy teraz na Pałac Prezydencki. Pytanie brzmi, czy Karol Nawrocki wybierze gest, który przejdzie do historii, czy po raz kolejny udowodni, że dla tysięcy Polek i Polaków drzwi do pełnej równości pozostają zamknięte.