Wojciech Jędrzejewski, jeden z najpopularniejszych kaznodziejów w Polsce i gwiazda katolickiego internetu, z dnia na dzień zniknął, zostawiając wiernych w szoku. W końcu przerwał milczenie i w szczerym oświadczeniu wyznał bolesną prawdę. Powód jego odejścia jest bardziej ludzki, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Znany dominikanin przerwał milczenie pod odejściu z zakonu
Wojciecha Jędrzejewskiego nie trzeba przedstawiać nikomu, kto choć trochę interesuje się życiem polskiego Kościoła. To prawdziwy celebryta w habicie. Autor bestsellerowych książek i duchowy przewodnik, którego filmy na YouTubie miały setki tysięcy wyświetleń.
Jego działalność w sieci uczyniła go jednym z najbardziej rozpoznawalnych duchownych w Polsce. Przez lata był postrzegany jako autorytet i symbol otwartego Kościoła. Właśnie dlatego informacja o jego nagłym odejściu z zakonu była dla wielu nie tylko zaskoczeniem, ale wręcz osobistym ciosem.
Teraz Wojciech Jędrzejewski przerywa milczenie i zdradza powody swojej decyzji.

Wojciech Jędrzejewski przyznał się do łamania ślubów czystości
Gdy spekulacje sięgały zenitu, Jędrzejewski postanowił uciąć je jednym, ostrym cięciem. Bez owijania w bawełnę przyznał, co stało za jego dramatyczną decyzją.
Odejście z zakonu i ze stanu duchownego jest moją osobistą decyzją. Decyzja ta wiąże się z łamaniem zakonnych ślubów czystości, do której się zobowiązałem.
Były zakonnik nie próbował się tłumaczyć. Zamiast tego, wprost zwrócił się do tych, których zawiódł. Jego słowa poruszyły tysiące osób.
Przepraszam tych, których zawiodłem, i proszę o modlitwę.
– napisał, kończąc swoje oświadczenie przytoczone przez redakcję "Więzi".

Wojciech Jędrzejewski odszedł z zakonu
To była wiadomość, która wstrząsnęła polskim Kościołem: jeden z najpopularniejszych braci dominikanów, Wojciech Jędrzejewski, odchodzi. Zakon poinformował, że charyzmatyczny kaznodzieja poprosił Stolicę Apostolską o zgodę na przeniesienie do stanu świeckiego i opuszczenie zakonu.
Informacja była krótka i pozbawiona szczegółów, co tylko dolało oliwy do ognia. Wierni dowiedzieli się jedynie, że prośba została przyjęta do dalszego procedowania, a dominikanin opuścił już klasztor. Polska Prowincja Dominikanów oświadczyła również, że nie bierze już odpowiedzialności za jakiekolwiek jego działania. Tysiące osób zadawało sobie jedno pytanie: co się stało? Teraz znamy już odpowiedź.