Gdy nowoczesny sprzęt przegrał z bezlitosnym lodem, a stawką było życie duszącego się dziecka, liczył się tylko hart ducha. Pan Bartosz nie kalkulował. W środku mroźnej nocy, z 15-kilogramowym plecakiem, ruszył w ciemność, by wygrać wyścig ze śmiercią.
Dramat w miejscowości Gądno. Karetka stanęła w szczerym polu, a dziecko przestało oddychać
Dramat rozegrał się w poniedziałek 26 stycznia 2026 roku, gdy większość mieszkańców regionu spała głębokim snem. O godzinie 3:00 nad ranem stacja w Mieszkowicach odebrała wezwanie, które stawia na nogi każdego medyka: w miejscowości Gądno dusi się małe dziecko.
W normalnych warunkach pokonanie 11 kilometrów to dla karetki kwestia minut. Ale ta noc w województwie zachodniopomorskim była inna. Drogi zamieniły się w lodowisko. Dwa kilometry przed celem stało się najgorsze – karetka utknęła na oblodzonej drodze, a cenny czas uciekał.

15 kilogramów balastu, od którego zależało życie
Decyzja była błyskawiczna. Ratownik medyczny chwycił plecak. To nie był zwykły bagaż – to 15 kilogramów specjalistycznego sprzętu, balast, od którego zależało, czy dziecko przeżyje. Z takim obciążeniem, w kompletnych ciemnościach, ruszył biegiem po oblodzonej drodze. Determinacja pchała go do przodu, mimo że każdy krok groził upadkiem.
Kierownik zespołu Bartosz podjął heroiczny wręcz trud. Mimo bardzo złych warunków podjął decyzję, że co by się dalej nie wydarzyło, on do tego pacjenta dotrze. Założył na plecy 15-kilogramowy plecak ze sprzętem medycznym i wyruszył pieszo
– mówi z dumą Natalia Dorochowicz, rzeczniczka Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie.
Gdy Bartosz Jankowski walczył z mrozem i zmęczeniem, zdarzył się mały cud. Z ciemności wyłonił się samochód. Przypadkowy kierowca, widząc medyka przedzierającego się przez zaspy, zatrzymał się bez wahania. To był ten ludzki odruch w nieludzkich warunkach – mężczyzna podwiózł ratownika ostatnie 1,5 kilometra, prosto pod dom pacjenta.
Pierwszy spokojny oddech. To była czarna noc dla regionu
Na miejscu, ramię w ramię z Bartoszem, o życie dziecka walczyli już strażacy z OSP Moryń. Przejęcie pacjenta nastąpiło błyskawicznie. Dzięki heroicznej postawie ratownika i łańcuchowi ludzi dobrej woli, finał tej historii wzrusza. Dziecko jest bezpieczne, a jego pierwszy, spokojny oddech był największą nagrodą za ten nocny maraton.
Udzielił niezbędnych medycznych czynności ratunkowych. Cała historia zakończyła się happy endem - zarówno dla pacjenta, jak i zespołu ratownictwa medycznego, który po zakończonej akcji, cały i zdrowy, powrócił na posterunek
– potwierdza w oświadczeniu WSPR.