Robert B. właśnie dowiedział się, że "obrona granic" ma swoją cenę. I nie są to tylko dobrowolne wpłaty na konto stowarzyszenia. Lider Ruchu Obrony Granic usłyszał cztery zarzuty, a zamiast orderu grozi mu odsiadka. Okazuje się, że wyzywanie pograniczników to słaba strategia na bycie "murem za polskim mundurem".
"Patriotyzm" z dronem w tle. Jak zmusić służby do łamania prawa?
Absurd goni absurd. Człowiek, który na sztandarach niesie hasła o szacunku do służb, usłyszał zarzut usiłowania nakłonienia strażników do popełnienia przestępstwa. Podczas incydentu w Słubicach* 29 czerwca 2025 roku, Robert B. miał nie tylko lżyć funkcjonariuszy, ale też instruować ich, jak mają (nie) pracować.
Prokuratura nie ma wątpliwości – samozwańczy szeryf chciał wymusić na Straży Granicznej:
zaniechania przeprowadzenia procedur związanych z kontrolą legalności pobytu cudzoziemców na terytorium RP
Wygląda to kuriozalnie, zwłaszcza gdy spojrzymy na zaplecze Ruchu Obrony Granic. Organizacja chwali się, że posiada drony z termowizją, radiostacje i fotopułapki. Sprzęt godny służb specjalnych służy jednak grupie cywilów, którzy zamiast wspierać państwo, postanowili je wyręczać, a przy okazji obrażać tych, którzy broń noszą legalnie. Nazywanie żołnierzy Żandarmerii Wojskowej "zdrajcami" to doprawdy nowatorska metoda budowania morale w armii.
instagram.com/robert.bakiewicz
Wszędzie zdrada, wszędzie spisek. Sędziowie i dziennikarze też na celowniku
Walka o "Wielką Polskę" w wykonaniu Roberta B. to nie tylko wyzwiska na granicy. To także krucjata w sieci. Akt oskarżenia obejmuje zarzuty pomówienia funkcjonariuszki Straży Granicznej, której wizerunek oskarżony wrzucił na portal X, wystawiając ją na publiczny lincz.
Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia (i tweetowania). Według śledczych, Robert B. w swoich wpisach poszedł znacznie szerzej. "Zdrajcami" okazali się nie tylko mundurowi, ale też "różne grupy osób", w tym sędziowie, prokuratorzy i dziennikarze. Oskarżony zarzucał im "służalczą rolę" wobec mitycznych "niemieckich panów".
Dla lidera ROG świat jest prosty: albo jesteś z nim, albo "sprzedajesz i zdradzasz Polskę". Ta internetowa obsesja na punkcie niemieckich wpływów zaprowadziła go prosto przed oblicze polskiego wymiaru sprawiedliwości.
instagram.com/robert.bakiewicz
Bojówki czy obrońcy? Polityczne przeciąganie liny
Sprawa Roberta B. to nie tylko paragrafy, to polityczny dynamit. Premier Donald Tusk zapowiedział twarde rozprawienie się z grupami, które określił mianem "bojówek Bąkiewicza". Z kolei wiceminister Czesław Mroczek poszedł o krok dalej, uznając działalność ROG za "większe zagrożenie niż nielegalna migracja".
Na drugim biegunie mamy jednak prezydenta Karola Nawrockiego. Ten w działaniach oskarżonego widzi... "wypełnianie funkcji państwa". Mamy więc sytuację, w której dla jednych Robert B. jest liderem niebezpiecznej, paramilitarnej grupy, a dla innych bohaterem wyręczającym nieudolny rząd. Akt oskarżenia jest więc testem: czy państwo pozwoli na to, by samozwańcze patrole dyktowały warunki na granicach?
Limit łaski wyczerpany? Prezydent nie uratuje przed recydywą
Robert B. milczy jak zaklęty – nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Grożą mu nawet 3 lata więzienia. Sytuacja jest o tyle pikantna, że oskarżony ma już bogatą kartotekę. W 2023 roku został skazany za naruszenie nietykalności cielesnej aktywistki Babci Kasi.
Wtedy z opresji i konieczności "zamiatania ulic" (prac społecznych) uratował go prezydent Andrzej Duda, stosując prawo łaski. Dziś jednak stawka jest wyższa. Czy lżenie polskich oficerów i nazywanie ich "zdrajcami" to wciąż ten rodzaj patriotyzmu, który zasługuje na prezydencki parasol ochronny?
Pozostaje pytanie, czy w areszcie śledczym Robert B. też będzie potrzebował drona z termowizją, żeby pilnować porządku w celi?