Ocalały z "Heweliusza" Witold Skirmuntt dostał w 1993 roku odszkodowanie warte po denominacji 900 zł

Ocalały z "Heweliusza" Witold Skirmuntt dostał w 1993 roku odszkodowanie warte po denominacji 900 zł

Ocalały z "Heweliusza" Witold Skirmuntt dostał w 1993 roku odszkodowanie warte po denominacji 900 zł

Creative Commons [Wikipedia: Kapitel; Balcer]

Serial „Heweliusz” na Netfliksie przypomniał Polakom o piekle, jakie przeżyli ocaleni z katastrofy promu. Ich dramat wcale nie skończył się po wyciągnięciu z lodowatej wody. Prawdziwe upokorzenie zgotowało im polskie państwo, a kwota, jaką rzucono im za ocalenie życia, to ponury żart, który do dziś wywołuje wściekłość.

Reklama

Przeżyli piekło, by państwo rzuciło im ochłapy. Absurdalna kwota odszkodowania ocalałych z "Heweliusza"

Historia jednego z ocalałych, Witolda Skirmuntta, jest tego najlepszym dowodem. Za cały swój dobytek, który zatonął wraz z promem, a także za niewyobrażalną traumę, mężczyzna otrzymał odszkodowanie w wysokości 9 milionów złotych. Brzmi jak fortuna? Nic bardziej mylnego. Mówimy o starych złotych, sprzed denominacji.

Prawdziwy absurd sytuacji ukazuje realna wartość tej kwoty. W 1993 roku 9 milionów starych złotych stanowiło zaledwie trzykrotność ówczesnego średniego miesięcznego wynagrodzenia. Jednak prawdziwa kpina wyszła na jaw po denominacji w 1995 roku. Kiedy przeliczono tę sumę, okazało się, że odszkodowanie dla ocalałych z Heweliusza to zaledwie 900 nowych złotych.

Reklama

Żeby zrozumieć skalę tej kpiny, wystarczy przypomnieć, że w tamtych czasach bochenek chleba kosztował około 5 tysięcy starych złotych, a kilogram kiełbasy – nawet 60 tysięcy. Oznacza to, że odszkodowanie za utratę całego dobytku i traumę na całe życie ledwo wystarczyłoby na kilkanaście kilogramów wędliny. To nie było zadośćuczynienie, to było upokorzenie.

Pomnik Ofiar Katastrofy Promu „Jan Heweliusz” na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie Creative Commons [Wikipedia: Kapitel]

Reklama

Piekło na Bałtyku. Godziny w lodowatej wodzie i walka o każdy oddech

Katastrofa promu 1993 roku to jedna z najczarniejszych kart w historii polskiej żeglugi. W nocy z 13 na 14 stycznia potężny huragan uderzył w płynący po Bałtyku prom Jan Heweliusz. W lodowatej wodzie, przy wietrze osiągającym prędkość 160 km/h, statek przewrócił się i zatonął. Z 64 osób na pokładzie – pasażerów i załogi – zginęło 55.

Reklama

Ocalało zaledwie dziewięć osób. To, co przeżyli, jest niewyobrażalne. Wielogodzinna walka o życie w lodowatych, wzburzonych falach, patrzenie na śmierć towarzyszy niedoli – to trauma, która zostaje na zawsze. Każdy ocalały z Heweliusza to bohater, który wygrał nierówną walkę z naturą. Tym bardziej bolesne jest to, jak zostali potraktowani już na bezpiecznym lądzie.

Reklama

Prom Jan Heweliusz w Świnoujściu Creative Commons [Wikipedia: Balcer]

Reklama

Urzędnicza znieczulica. Tak państwo upokorzyło bohaterów

Dlaczego odszkodowania były tak skandalicznie niskie? Częściowo można to tłumaczyć realiami Polski z początku lat 90. – chaosem transformacji i szalejącą hiperinflacją. Jednak żadne ekonomiczne realia nie mogą być usprawiedliwieniem dla braku ludzkiej przyzwoitości i empatii. Ocaleni zderzyli się z bezduszną, biurokratyczną machiną, dla której byli jedynie numerkami w papierach.

Nie chodziło przecież wyłącznie o pieniądze za utracone ciężarówki czy towary. Chodziło o symboliczne zadośćuczynienie za ból, cierpienie i koszmary, które miały ich prześladować przez resztę życia. Rzucenie im kwoty równej dzisiejszym 900 złotym było formą wtórnej wiktymizacji – państwo, które powinno ich chronić i wspierać, po raz drugi ich zawiodło, pokazując, jak niewiele warte jest ich życie i trauma.

Źródło: instagram.com/zasluzylinapamiec
Reklama
Reklama