Wyobraź sobie, że państwo oferuje ci równowartość nowego samochodu, bylebyś tylko spakował walizki i wyjechał na zawsze. Taka właśnie propozycja, opiewająca na 32 tysiące euro, leży na stole w Szwecji i ma rozwiązać kryzys migracyjny. Zamiast entuzjazmu, radykalny plan rządu wywołał jednak furię. Burmistrzowie największych miast grzmią o "polowaniu", a w kraju, który był symbolem otwartości, wybuchł bezprecedensowy bunt.
Fortuna za bilet w jedną stronę. Tak Szwecja chce pozbyć się problemu
Dotychczasowy szwedzki plan zachęcania migrantów do wyjazdu był tak skuteczny, że można go uznać za ponury żart. Oferowane 910 euro skusiło w ciągu niemal dwóch lat zawrotną liczbę pięciu osób. W obliczu tak spektakularnej klapy rząd w Sztokholmie postanowił sięgnąć po broń atomową – od 1 stycznia 2025 roku podbija stawkę ponad 30-krotnie. Na stole leży teraz fortuna: 350 tysięcy koron, czyli około 32 tys. euro, za bilet w jedną stronę.
Oficjalnie rząd chce dać migrantom "szansę na nowy start", jak ujął to minister migracji Johan Forssell. Nieoficjalnie – to próba posprzątania po latach liberalnej polityki, która doprowadziła do problemów z integracją. Szwecja, kopiując kontrowersyjny model duński, chce pozbyć się tych, którzy "nie odnaleźli się w społeczeństwie". Oferta jest jednak ściśle limitowana: skierowano ją do azylantów z prawem pobytu, wykluczając obywateli UE – w tym Polaków – oraz Ukraińców.
canva.com
Czytaj także: Piotr Garlicki wyjechał za ocean i opuścił syna na 15 lat. Chłopak poszedł w ślady ojca i dziś jest sławnym aktorem [zdjęcia]
"Nie będziemy brać udziału w polowaniu". Bunt miast, jakiego Szwecja nie widziała
Rząd w Sztokholmie nie spodziewał się jednak, że jego plan wywoła prawdziwą rewoltę. Gdy koordynatorka programu Teresa Zetterblad rozesłała zaproszenia do 290 gmin, licząc na gładką współpracę, w odpowiedzi dostała polityczny policzek. Na czele buntu stanęli włodarze największych metropolii: Sztokholmu, Göteborga i Malmö, a za nimi poszła co czwarta gmina w kraju.
Najgłośniej krzyk sprzeciwu rozległ się z północy kraju. Roland Boman, burmistrz niewielkiej gminy Jokkmokk, rzucił w stronę rządu oskarżenie, które stało się mottem całej rebelii:
Nie będziemy brać udziału w polowaniu na obywateli, którzy pracują i wnoszą swój wkład.
Wtórują mu inni lokalni liderzy, argumentując, że "nie chcą, aby mieszkający u nas obcokrajowcy czuli, że są niechciani". Konflikt zaostrza się z dnia na dzień, a politycy wspierającej rząd partii Szwedzcy Demokraci już grożą, by "nieposłusznym gminom" wstrzymać państwowe dotacje.
canva.com
Czytaj także: Poniedziałek kończy z Polską! W 60. urodziny ogłosił decyzję, której nikt się nie spodziewał
Koniec szwedzkiego snu. Rząd zaostrza kurs pod presją prawicy
Ta polityczna wojna to znacznie więcej niż spór o jeden zasiłek. To symbol głębokiej zmiany, jaka zachodzi w Szwecji – kraju przez lata stawianym za wzór otwartości. Centroprawicowy rząd Ulfa Kristerssona działa pod silną presją antyimigranckiej partii Szwedzcy Demokraci, a oferowanie pieniędzy za wyjazd to tylko jeden z elementów zaostrzania kursu. Władze zapowiadają także utrudnienia w przyznawaniu szwedzkiego obywatelstwa. Minister Forssell stwierdził, że obywatelstwo to "coś, na co trzeba zasłużyć, a nie otrzymywać bezwarunkowo".
Ta polityczna wojna toczy się w cieniu zbliżających się wyborów w 2026 roku i jest czymś więcej niż tylko sporem o pieniądze. To starcie dwóch wizji kraju: pragmatycznego, surowego państwa, które kupuje sobie rozwiązanie problemu, z otwartą, empatyczną wspólnotą, o którą walczą lokalni liderzy. Spór o 32 tysiące euro to tak naprawdę walka o duszę Szwecji. Pytanie, która wizja zwycięży, pozostaje otwarte, a odpowiedź poznamy przy urnach wyborczych.