Jeden człowiek, deska i potęga Bałtyku. Maciej Rutkowski rzucił wyzwanie żywiołowi i po ponad ośmiu godzinach morderczej walki na wodzie pobił historyczny rekord, o którym mówiono, że jest niemożliwy do osiągnięcia.
8,5 godziny walki z żywiołem. Polak zmiażdżył historyczny rekord
To wyczyn, który przejdzie do historii polskich sportów wodnych. Maciek Rutkowski, mistrz świata i 20-krotny mistrz Polski w windsurfingu, dokonał czegoś, co wielu uznawało za niemożliwe. Samotnie przepłynął Bałtyk ze Szwecji do Polski, pokonując morderczą trasę o długości 227,5 km. Wystartował o 7 rano ze szwedzkiego Sandhamn, by po 8 godzinach i 28 minutach dotrzeć na metę w Surf Stolicy we Władysławowie.
Skala tego osiągnięcia jest niewyobrażalna. Rutkowski nie tyle pobił poprzedni rekord, co go zmiażdżył. Dotychczasowy najlepszy czas wynosił 22 godziny – Polak skrócił go o ponad połowę, dokonując czegoś, co wydawało się sportową fantazją. Momentami pędził z prędkością nawet 55 km/h, płynąc szybciej niż niejeden prom. Ten wyczyn ma zostać wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa.
Jego samotną przeprawę urozmaiciło jedynie spotkanie z... foką oraz potężnymi kontenerowcami, które mijał po drodze.

"Układ nerwowy mi się wyłączył". Kulisy morderczej przeprawy przez Bałtyk
Jeszcze przed startem sam Rutkowski nie ukrywał, że porywa się na szaleństwo.
To będzie najbardziej morderczy, niebezpieczny wyścig, jaki płynąłem. Ekstremalny wysiłek, zmęczenie i ból. To będzie walka na granicy mojej wytrzymałości
– zapowiadał. Rzeczywistość okazała się jeszcze brutalniejsza.
Za historycznym wynikiem kryje się opowieść o bólu, wyczerpaniu i walce z potężnym żywiołem. Rutkowski mierzył się z falami sięgającymi trzech metrów i wiatrem dochodzącym do 60 km/h. Na środku morza warunki były tak ekstremalne, że ekipa ratunkowa na jednej z łodzi traciła z oczu drugą. Sam sportowiec zaliczył aż siedem bolesnych wywrotek.
Po godzinie wyłączył mi się układ nerwowy. Były takie momenty, że nie wiedziałem gdzie mam płynąć. Widzisz gorzej, odczuwasz gorzej. Musisz się zmuszać żeby pić. Fale z trzech stron. Musisz się zmuszać żeby jeść. Zaczęły mnie łapać skurcze na rękach. Było dwa razy ciężej niż myślałem.

Płynął nie tylko po rekord. W tle piękny cel charytatywny
Ta ekstremalna wyprawa miała jednak głębszy sens. Maciek Rutkowski swoją walkę z Bałtykiem zadedykował małej Malwince, chorej córeczce Bartka Marszałka, zawodnika motorowodnej Formuły 1. Dziewczynka cierpi na Zespół Retta, rzadką chorobę genetyczną, a jej jedyną szansą jest kosztowna terapia w USA. Małą Malwinkę wesprzeć można datkami na https://www.siepomaga.pl/misja-baltyk.
Wyczyn windsurfera poruszył serca tysięcy Polaków, którzy śledzili jego zmagania na żywo. W momencie, gdy Rutkowski dobijał do brzegu, na koncie zbiórki było już blisko 70 tysięcy złotych, a ostatecznie udało się zebrać ponad 120 tysięcy. Sportowiec pokazał, że ma nie tylko nadludzką siłę, ale i ogromne serce.
"Jak zobaczyłem Rozewie, to się popłakałem". Tłumy witały bohatera we Władysławowie
Moment, w którym skrajnie wyczerpany Maciek Rutkowski dotarł do mety we Władysławowie, był niezwykle wzruszający. Na plaży czekały na niego tłumy kibiców, rodzina i przyjaciele. Emocje sięgnęły zenitu, gdy mistrz po ponad ośmiu godzinach samotnej walki na morzu wreszcie postawił stopę na polskiej ziemi.
Jak zobaczyłem Rozewie to się popłakałem.
To krótkie zdanie najlepiej oddaje ulgę i euforię, jaka towarzyszyła mu w tamtej chwili. Tego dnia jeden człowiek na małej desce nie tylko pokonał Bałtyk. On pokazał, że granice istnieją tylko po to, by je łamać.